Specjalne wydanie Muzycznego Spamu eM, w którym tytułowa bohaterka (znaczy się eM) zaspamuje ...

Muzyczny Spam eM #6 Hamilton



Specjalne wydanie Muzycznego Spamu eM, w którym tytułowa bohaterka (znaczy się eM) zaspamuje Was niewyobrażalną liczbą piosenek z musicalu poświęconego życiu Alexandra Hamiltona. 

I przez niewyobrażalną liczbę eM ma na myśli pięć piosenek, które wybrała spośród 46, bo biorąc pod uwagę to, że wszystkie piosenki są wspaniałe, każda na swój sposób, to prawie niemożliwe jest wybranie tylko kilku tak, żeby przekonać innych, że to coś czego chcą słuchać. 

Z drugiej strony...
I tak Was dopadnie ten szał i tak. Nie można uciec przed nieuniknionym. 

Temat teoretycznie nudny. Życie jednego z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych. To prawie coś takiego, jakby zrobili musical o Mieszku I. Tylko żyjącym trochę bliżej naszych czasów. 

A wyszło bardziej niż ciekawie. Dobór tekstu, muzyki, choreografii (na tyle ile eM się udało zobaczyć w Internetach), samej historii oraz aktorów spowodowało, że mamy coś, na co od kilku ładnych miesięcy nie ma już dostępnych biletów, pomimo, że większość oryginalnej obsady już nie występuje.

eM trzyma kciuki, za to, żeby światło dzienne ujrzał filmowy zapis musicalu.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że oprócz wspaniałej muzyki i historii, dostajemy wątki, które idealnie wpasowują się w dzisiejsze realia.

Lin Manuel Miranda jest geniuszem.
Sami posłuchajcie.


My Shot

I'm past patiently waitin'. I'm passionately
Smashin' every expectation
Every action's an act of creation
I'm laughin' in the face of the casualties and sorrow
For the first time, I'm thinkin' past tomorrow.



Satisfied

The conversation lasted two minutes, maybe three minutes,
 ev’rything we said in total agreement,
 it’s a dream and it’s a bit of a dance,
a bit of a posture, it’s a bit of a stance.





King George's songs

And when push
Comes to shove
I will send a fully armed battalion
To remind you of my love!




Guns and Ships 

Sir, you’re gonna have to use him eventually
What’s he gonna do on the bench? I mean—

No one has more resilience
Or matches my practical tactical brilliance—




Yorktown

Hey yo, I’m just like my country, I’m young
Scrappy and hungry
And I’m not throwin’ away my shot!
I am not throwin’ away my shot!


eM znowu ma opinię inną niż większość blogosfery. Tym razem o Dworze Cierni i Róż . No a...

Sarah J. Maas Dwór Cierni i Róż (Dwór Cierni i Róż #1)




eM znowu ma opinię inną niż większość blogosfery.
Tym razem o Dworze Cierni i Róż.
No ale niestety, Sarah J. Maas nie potrafi jej w pełni przekonać tym jak zaczyna swoje historie. 

Chociaż wiecie, pomimo wad, eM uważa Dwór Cierni i Róż za lepszą książką niż Szklany Tron.
A w ogólnym rozliczeniu, jest to całkiem przyjemna lektura, która posiada jednak wady, których eM nie mogła nie pominąć.

Na pewno eM podobał się świat wykreowany przez Maas. Niby podobny do tego, który już jest znany ze Szklanego Tronu, a jednak inny. Podczas czytania wielokrotnie eM zastanawiała się, czy autorka nie ukryła dla nas jakiejś niespodzianki (eM jeszcze niczego się nie dopatrzyła, but just you wait!*). Sam pomysł na historię też jest ciekawy, oprócz jednego wątku, o którym eM jeszcze wspomni.

Dodatkowo, eM całkiem nieźle wypadły postacie. Każda ma swój charakter, nie mają przy tym rozdwojenia jaźni, które tak bardzo bolało eM w Szklanym Tronie.
Postacie nie irytują, ale z drugiej strony, eM nie może napisać, że się jakoś do nich przywiązała.
Ba! eM nawet nie potrafiła zapamiętać imienia głównej bohaterki, a raczej myliła je z imieniem jeden ej z sióstr Klausa z Oryginalnych (i czekała przez to na moment, kiedy pojawi się Elijah).

No dobra, najlepszy jest Rhysad. Reszta jest jedynie tłem (a raczej będzie).

Przy okazji, to  wiecie może, czemu Szklany Tron jak i Dwór Cierni i Róż są uznawane są za książki young adult? Bo biorąc pod uwagę tematy poruszane przez obie serie, relacje między bohaterami i objętość krwi, która się przelewa na stronach, eM powiedziałaby, że są one skierowane do trochę starszych czytelników. Ale to tylko kwestia przypisania do gatunku, bo to czy ktoś będzie chciał przeczytać czy nie i w jakim momencie, jest indywidualną kwestią.

A teraz konkrety.

eM zawiodła się na tym, w jaki sposób został osadzony motyw Pięknej i Bestii. Jak na historię, której część promocji opierała się na tym porównaniu, to wyszło to niezbyt ciekawie. Owszem, wątek był widoczny, ale eM miała wrażenie, że był on dodany na siłę tak, aby móc się czymś pochwalić.

A raczej, żeby można było od czego zacząć.

I tu eM może przejść od razu do kolejnego zarzutu, który dotyczy proporcji pomiędzy wstępem, rozwinięciem i zakończeniem.
Coś jest nie tak, jeżeli akcja zaczyna się rozkręcać około 150 stron przed końcem, w przypadku, kiedy książka ma tych stron ponad 500.
eM miała uczucie, że początek był specjalnie napisany tak, żeby pasował do motywu Pięknej i Bestii. Im dalej w fabułę, tym lepiej to wyglądało, szczególnie im dalej oddalaliśmy się od głównego motywu. Tylko czemu początek był rozciągany na ponad 300 stron, a to co najciekawsze i to, gdzie naprawdę można było się popisać zostało upchnięte na sam koniec?

Plus nie można zapomnieć o bezsensownym przypadku insta-love.
Serio. I jeszcze, żeby tam czuć było chemię, ale nie. A szkoda, bo Maas pokazała już, że potrafi pisać tak, że potrzebny nam będzie wachlarz podczas czytania.
Oczywiście, że wątku romantycznego należało się spodziewać od samego początku, ale miejmy jakieś wymagania. I nie ważne jak eM się stara, ale zachowania bohaterów w tym przypadku nie potrafi zrozumieć.

W ogólnym rozliczeniu, Dwór Cierni i Róż był miłą lekturą, ale kiedy .

Bo jest to naprawdę wciągająca historia, która zasługuje na przeczytanie. Szczególnie jeżeli porównujemy ją do innych książek w podobnym stylu.
Jednak eM się nie zgodzi z tym, że jest to najlepsza książka Maas.

Przeczytajcie A Court of Misty and Fury, a wtedy zobaczycie co to znaczy dobrze wykorzystany potencjał.

Tak, eM już czytała i pewnie kiedyś o nim napisze. 

*Serduszko dla każdego, kto wie o co chodzi!

Dzisiaj eM opowie Wam o książce, która okazała się największym zaskoczeniem tego roku (a przy...

Sally Andrew Przepisy na miłość i zbrodnię (#1)



Dzisiaj eM opowie Wam o książce, która okazała się największym zaskoczeniem tego roku (a przynajmniej tego półrocza, bo rok się jeszcze nie skończył, a eM lubi być zaskakiwana, więc liczy na kolejne niespodzianki!).

Kiedy eM wypatrzy sobie książkę do przeczytania, najpierw stara się stwierdzić do jakich kategorii mogłaby ją sobie przypisać (przypisuje książkom swego rodzaju hasztagi, ale tylko w swojej głowie, serio). Może brzmi to dziwnie, ale dzięki temu eM wie jak ustawić poprzeczkę i do jakich książek porównywać. 

Przepisy na miłość i zbrodnie, zgodnie z tytułem, od razu zostały zakwalifikowane do kategorii miłość, jedzenie oraz kryminał.
Ciekawostka: do takich kategorii w mózgu eM należy też Hannibal (a przynajmniej ten serialowy), dlatego nie chcecie wiedzieć jak wyglądały przypuszczenia eM na temat tego co się może w tej książce.
Zachowajcie spokój, bo eM  po chwili do tego kategorię lekkie i do przeczytania na wakacjach

I co z tego wyszło? 

eM będzie szczera. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron było jej trudno przebrnąć, a to ze względu na to, że na każdej stronie albo ktoś coś jadł, albo gotował, albo zastanawiał się co ugotować. A przez kogoś, eM ma na myśli główną bohaterkę, sympatyczną Tannie Marię. 
Zazwyczaj eM nie ma nic przeciwko jedzeniu, ale w takim nagromadzeniu oraz przy tak opisane powodowało, że eM czytała kilka stron i musiała się udać do kuchni, żeby coś zjeść. 

Tak, to było pierwsze zaskoczenie, bo eM nigdy nie miała takiego problemu. 

Dlatego pamiętajcie, że jeżeli będziecie mieli podobną sytuację, a potraficie gotować, to zajrzyjcie na koniec książki! 
eM jest kulinarnym beztalenciem (a do tego jest bardzo niecierpliwa), dlatego nie mogła ich wykorzystać, chociaż bardzo by chciała to zrobić (szczególnie upiec herbatniczki)

Kolejnym zaskoczeniem, był wątek kryminalny. Szczerze powiedziawszy, po przeczytaniu opisu eM spodziewała się, że będzie on dosyć przewidywalny i pewnie przewinie się jedynie delikatnie w tle. 

A wyszło na to, że eM nie pamięta kiedy ostatnio tak się wkręciła w rozwiązywanie zagadki.
O której więcej nic nie napisze, bo przecież nie będzie Wam psuła lektury, prawda?

To co możemy jeszcze znaleźć w Przepisach na miłość i zbrodnię?

  • gorrrący klimat, dzięki któremu można poczuć się jak w Afryce, kiedy za oknem upał, 
  • przepisy na dania o których wcześniej nie słyszeliśmy, 
  • historię zaradnych babeczek, różnych, a jednak podobnych, które prowadzą miejscową gazetę, 
  • życiowe porady wplecione w przepisy (albo odwrotnie),
  • klimat małego miasteczka, 
  • uprowadzone buty,
  • dobry humor,
  • poważniejsze tematy zaserwowane w lekki sposób (czasami może aż za lekko),
  • sympatycznych, trochę tylko schematycznych bohaterów, 
  • miłość w różnej postaci (szczególnie tę do jedzenia)
  • sporo nowych słów (plus za słowniczek na końcu!),
  • dobrą zabawę? 
Początek lektury może i był ciężki, ale to zdecydowanie wina żołądka eM, natomiast, kiedy już się wkręciła, to nie mogła wyobrazić sobie lepszej książki na wakacje. eM bardzo łatwo mogła sobie wyobrazić, że leży na plaży pod wielkim parasolem a wszelakie pyszności ma na wyciągnięcie ręki (nie, eM wcale nie robi się głodna, kiedy pisze o jedzeniu). Przepisy na miłość i zbrodnię idealnie pasują do tego obrazka.

Zostając w klimatach gotowania, jakie jest Wasze popisowe danie? eM próbowała sama na to pytanie odpowiedzieć i wyszło jej, że chyba może tak nazwać pancakes z jagodami (tak, jest tak źle, jeżeli chodzi o eM i kuchnię).

A tych, którzy lekturę mają już za sobą, eM chciała poinformować, że goodreads.com nieśmiało jej pokazuje, że istnieje druga część przygód Tannie Marii.

Za możliwość przeczytania Przepisów na miłość i zbrodnię (przedpremierowo!), eM serdecznie dziękuje:

Wydwanictwo Otwarte

Nie bądźcie jak eM, uważajcie co na to, co robicie.  A przynajmniej wtedy, kiedy chcecie un...

eM radzi: Jak unikać spoilerów?



Nie bądźcie jak eM, uważajcie co na to, co robicie. 

A przynajmniej wtedy, kiedy chcecie uniknąć spoilerów. 

Są ludzie, którzy nienawidzą spoilerów. Są też tacy, którym żaden spoiler nie zepsuje humoru. 

eM ma dziwną relację ze spoilerami, jeżeli można to tak nazwać. 
Z jednej strony, doskonale wie, że nie od wszystkich spoilerów da się uchronić (szczególnie, kiedy coś ma kilkadziesiąt lat i część ludzkości dawno się już z tym zapoznała), ale z drugiej strony, nie chcecie wiedzieć co eM robi, kiedy komuś w jej towarzystwie się coś wymsknie.

Jest jeszcze jedna opcja, która niestety w przypadku eM zdarza się najczęściej, kiedy natrafia się na spoilery przez przypadek i wtedy nie wie co ma ze sobą zrobić. I nawet nie może napisać, że ktoś jej to zrobił, bo chociaż wie doskonale co robić, żeby unikać spoilerów, to zawsze przyjdzie taki czas, że machnie na to ręką i dostanie spoilerem po oczach. 

I wierzcie lub nie, ale eM już sporo rzeczy zaspoilerowała sobie w życiu, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że natknęła się na spoilery. Brzmi dziwnie? Chodzi o to, że eM przeczytała coś, co wydawało jej totalnym nieporozumieniem, a w trakcie czytania/oglądania okazywało się, że to jednak najprawdziwsza prawda.


I to właśnie o tym będzie dzisiejszy poradnik. 

Gotowi? 

Zacznijmy od najbardziej oczywistej sprawy. Jeżeli chcecie uniknąć spoilerów, nie zaglądajcie nigdy na ostatnią stronę. Może i wydaje się to logicznym posunięciem, ale na ostatnią stronę można zajrzeć też przez przypadek. 
Na przykład, kiedy szukasz spisu treści. Albo informacji o autorze. Czasami chcesz zobaczyć jaka jest kolejna książka w serii, a palce nie chcą z Wami współpracować i co się dzieje? Wasz wzrok ląduje na ostatniej stronie. 
Dwa zdania jeszcze przeżyjecie. Natomiast rzucenie okiem na dwie ostatnie strony bywa bolesne. 

eM nawet skusiłaby się o stwierdzenie, że czytanie książek w formie elektronicznej broni od tego rodzaju spoilerów. Nie musicie się obawiać Waszych palców, wiatru czy złośliwie zmieniających swoje miejsce zakładek. 

Kolejnym problematycznym miejscem są opisy książek, seriali czy filmów. Kiedy w przypadku filmów i seriali bardziej chodzi tu o opisy kolejnych odcinków czy części (ile razy eM wiedziała czy ktoś przeżyje, czy nie, bo przeczytała wszystkie opisy, które były dostępne), to w przypadku książek, oprócz takiego spoilera, możecie dostać nożem w plecy od tych, którzy powinni stać na straży tego, żeby zbyt ważne informacje nie zostały ujawnione na z tyłu książki. Tak, tak. eM pisze o Wydawcach książek i o tych, którzy potem te książki promują. 
Przypadek może i niezbyt rozpowszechniony, ale jeden z najbardziej bolesnych. 


Poszukiwanie informacji też nie jest łatwe. Wydawałoby się, że encyklopedie wiki dla poszczególnych fandomów nie będą aktualizowane zbyt szybko. Takie myślenie prowadzi do poznania dalszych losów bohaterów. Albo przyszłych wydarzeń. I to niekoniecznie muszą być wiki, ale też inne strony zbierające informacje z fandomów. I tu nie chodzi tylko o szukanie informacji o kolejnych częściach, ale również sprawdzenie jakiś niewinnych informacji.

O mediach społecznościowych eM chyba nawet nie powinna pisać, bo chociaż niektóre z nich próbują pomóc (np. tumblr pozwala na zablokowanie spoilerowych tagów), to i tak nie wszyscy ludzie tego przestrzegają. Z drugiej strony, nie ma się co dziwić, bo po szczególnie emocjonujących odcinkach, czy po przeczytaniu książki po której został kac książkowy trudno się opanować. A czasami ktoś naprawdę nie chce spoilerować, tylko mu się coś przez przypadek wymsknie, albo kogoś źle zrozumie (eM jest podręcznikowym przykładem takiej osoby) Po za tym, chyba nikt nigdy nie ustalił dokładnie ile czasu musi minąć, aby spoilery przestały być spoilerami. Ba! Chyba nawet nikt nigdy czegoś takiego nie stworzy. Ale to temat o którym eM napisze kiedy indziej.



Dlatego, jeżeli naprawdę chcecie uniknąć spoilerów:


  • pożegnajcie się z Internetem, dopóki nie zobaczycie/nie przeczytacie tego co chcecie zobaczyć/przeczytać. Co robić w międzyczasie?No, ten... Coś... Ciekawego? 
  • tradycyjne media? eM nie ryzykowałaby na Waszym miejscu!
  • ograniczcie swoje kontakty z innymi osobami. Przeprowadźcie naprawdę ścisłą selekcję tego z kim rozmawiacie i bądźcie pewni, że ta osoba wie o czym ma Wam nie mówić. 
  • rozmowy telefoniczne są dozwolone, aczkolwiek zamiast przywitania pamiętajcie, żeby przypomnieć osobie po drugiej stronie co się z nią stanie, jeżeli zaspoileruje. 
  • tak w ogóle, to najlepszym wyjściem byłoby zabarykadowanie się w domu. 
  • może nawet lepiej żeby był to Wasz pokój?
  • a najlepiej zawinąć się wtedy w w koc i udawać, że nas nie ma. 
  • dzięki temu można nadrobić zaległości książkowe. 
  • chociaż po przemyśleniu sprawy, to nawet w książkach są spoilery z książek innych autorów. 
W skrócie: ze spoilerami nie wygrasz. 
A przynajmniej eM nie podejmuje się tej walki. 

A może Wy macie jakieś skuteczne sposoby na spoilery? Dajcie znać!