Kanon ( z ang. canon ) - w rozumieniu fandomu, zbiór wszystkich faktów, które zostały udostępni...

eM radzi: jak zapomnieć o kanonie?



Kanon (z ang. canon) - w rozumieniu fandomu, zbiór wszystkich faktów, które zostały udostępnione przez twórcę danego dzieła i które są traktowane przez jego odbiorców jak świętość. Możemy wyróżnić kanon-który-trudno-obalić pochodzący bezpośrednio z dzieła (z książki, odcinka serialu, filmu) oraz kanon-który-jak-zdejmiemy-okulary-to-możemy-go-przeoczyć (wywiady z twórcami, spotkania z fanami, wypowiedzi twórców w social media)

Tak, tak. Dzisiaj będziemy rozmawiać o tym, co zrobić, kiedy twórca twierdzi, że powinniśmy pogodzić się z tym, że z naszymi kochanymi bohaterami (lub zasadami rządzącymi światem) stało się coś bardzo dziwnego, co odbiega od poprzednich zachowań bądź informacji otrzymanych przez nas na ten temat. 


W takim momencie istnieją dwie możliwości:
  • trzeba zaakceptować to, że nic w tym świecie nie jest idealne i uznać nowe informacje za część kanonu,
  • wyprzeć się i zapomnieć o istnieniu kanonu. 

W przeciągu ostatniego roku eM miała wątpliwą przyjemność bycia w takiej sytuacji (Przeklęte dziecko, Sherlock 4), dlatego podzieli się z Wami kilkoma pomysłami jak ją przetrwać. 

Pierwszą rzeczą, której możecie spróbować, jest próba zapomnienia o tym, że kiedykolwiek mieliście styczność z tym dziełem. Wiecie, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dodatkowo, warto używać argumentu dotyczącego niewypowiadania się o czymś, czego się nie widziało, kiedy ludzie próbują wciągnąć Was w konwersację na ten temat. 

By unikać tego tematu, warto informować na każdym kroku swoich znajomych (żeby przypadkiem nie zapomnieli jaki jest Wasz stosunek do dzieła), że jeszcze nic nie widzieliście i że mają nawet nie myśleć, o najmniejszym nawet spoilerowaniu. Przy czym trzeba uważać, bo znajomi potrafią być złośliwymi bestiami, które będą próbowały uprzykrzyć Wam życie. 

Tak może wyglądać eM, kiedy nie zgadza się z kanonem

Jeżeli nie zgadzacie się z tym, co się stało w książce lub serialu, zawsze możecie przeprowadzić dogłębną analizę kanonu przed i po, której wyniki pozwolą stwierdzić, że dzieło wcale nie jest prawdziwą częścią kanonu, a jedynie żartem twórcy, który prawdziwą wersję wypuści w najmniej oczekiwanym momencie. Popatrzcie tylko na fandom Sherlocka

Zawsze można znaleźć też jakiś argument, który pozwoli na stwierdzenie, że dzieło jest swego rodzaju fanfiction. Na przykład twórca miał niewielki wpływ na to dzieło, albo użyczył swojego świata komuś innemu. A przecież wszyscy wiedzą, że fanfiction nie może być kanonem, prawda? eM patrzy na ciebie, Przeklęte Dziecko

Ekstremalna wersja, dla ludzi z dużą kasą pod ręką: wykupcie prawa do świata, obalcie stary kanon (no dobra, chodzi bardziej o obalenie tego, co Wam się nie spodobało) a na jego miejsce stwórzcie nowy (ewentualnie może być oparty na starym, bo przecież nie wszystko musiało być złe, prawda?). Chyba eM nie musi podawać przykładu. 

Zawsze też możecie spróbować przenieść się w czasie i zapobiec stworzeniu dzieła przez twórcę. Że niby nie da się podróżować w czasie? Jeżeli macie tak ważną misję, na pewno dacie radę obejść taki problem. 

A jeżeli nie chcecie ingerować w proces twórczy, żeby nie wyszło coś jeszcze gorszego (czyli jeżeli jesteście pesymistami), możecie się przenieść w czasie i zapobiec zapoznaniu się z dziełem przez Was samych. Proste? Proste. A skoro jesteśmy znowu w temacie zapominania, to wiecie, amnezja to sposób na zapomnienie. Istnieje jednak ryzyko, że sobie przypomnicie. Albo znowu się zetkniecie z dziełem. 
Tak wyglądałaby rozmowa niezadowolonych fanów z twórcami kanonu.

Spróbujcie sprawdzić, czy na pewno nie śpicie. Koszmary potrafią przybierać różne formy, a kanon, który poszedł w złym kierunku może być przerażającym koszmarem. Albo pomyślcie sobie, że to był tylko sen bohatera, który nie potrafi rozróżnić tego co się dzieje naprawdę od marzeń sennych (punkt dla Was: dzięki temu możecie się zgadzać z częścią wydarzeń!).

Jeżeli informacja wyszła od twórcy w czasie wywiadu, w mediach społecznościowych lub na spotkaniu z fanami, zawsze możecie stwierdzić, że nie uznajecie kanonu, który nie pochodzi bezpośrednio z dzieła. Trudność polega na tym, że powinniście się wyprzeć takiego kanonu w całości, bez żadnych wyjątków, żeby sprawiać wrażenie osoby, która wie co robi. 

Przy negacji kanonu, przydaje się grupa wsparcia (razem zawsze raźniej!), której członkowie mają problem z nowościami w kanonie. Dzięki temu będzie Wam łatwiej przekonać cały fandom, że pewne elementy tak naprawdę nie istnieją. Warto po cichu rozprowadzać informacje o innych elementach kanonu, tak, żeby nikt już nie wiedział co jest kanonem, a co kanonem danej osoby (headcanon). 

A Wy? Jaki macie stosunek do kanonu? Jesteście jego strażnikami, którzy kręcą nosem na każde odstępstwo, czy traktujecie go luźno? Co robicie, kiedy widzicie, że twórców poniosło i nie zgadzacie się z tym co się stało?

[Zwiastun] Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji ( a potem cały worek wa...

Przeuroczy film z nadmiarem nagród (La la land)

[Zwiastun]
Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji (a potem cały worek ważnych nagród).
Wszyscy chcą je zobaczyć (no bo przecież to musi być dobre!), wszyscy (no dobra, prawie wszyscy) nastawiają się na coś wspaniałego (no bo przecież musi takie być!), a potem wszyscy (no wiecie, co o eM chodzi) zastanawiają się, czy na pewno oglądali ten sam filmy co krytycy. 

A przynajmniej takie odczucie bardzo często towarzyszy eM. 
Dlatego, kiedy pojawia się film, który szturmem zdobywa uznanie i wszystkie nagrody, eM jest podejrzliwa. Nawet bardzo. Szczególnie, że przez takie zamieszanie, jej oczekiwania rosną. 

Całe szczęście, jakimś dziwnym trafem, eM dowiedziała się o istnieniu La la land, na jakiś czas przed tym całym Hej, zdobyliśmy 7 Złotych Globów i mamy 14 nominacji do Oscara. 

I chociaż eM miała swoje obawy, że znowu nie zrozumie o co to całe zamieszanie, tym razem było to niepotrzebne. 

eM jest kupiona. 
Okej, może i to nie jest film na miarę tych wszystkich nagród, ale jest przecudowny.
I uroczy. 

Prawdopodobnie tak wyglądała eM opowiadająca o filmie zaraz po seansie.

Zacznijmy od tego co widać od razu. 

La la land jest pięknym filmem. 
Od samego początku czuć, że twórcy chcieli nawiązać do klasyki kina i to się im udało (a przynajmniej na tyle na ile eM kojarzy klasykę kinową)

Ba! Zauważyliście, że nawet najnowsze osiągnięcia technologiczne są ograniczone do niezbędnego minimum. Nie ma mediów społecznościowych. Nie ma wielkich kompleksów filmowych. 

Szerokie ujęcia, klimatyczne miejsca, zabawa kolorami - to wszystko spowodowało, że eM czuła się, jakby na jej oczy nałożono balsam.

No dobrze, oprócz momentów, gdzie ewidentnie było widać, że aktorzy pracowali na zielonym ekranie. To bolało, ale nie było tego tak dużo, żeby popsuło wrażenie o całym filmie.

Przy okazji: jeżeli ktoś wie, gdzie znaleźć sukienki w stylu tych, które nosiła Mia to dajcie znać. Koleżanka szuka. No i eM może też. 

Przypadek? No chyba nie!

Piękny obrazek dopełnia gra Emmy Stone i Ryana Goslinga, bo nie ukrywajmy, La la land jest ich filmem. Owszem, w tle przewijają się inni bohaterowie, ale są wręcz niezauważalni.

To może być też kwestia chemii między nimi, bo nie da się zaprzeczyć, że ją mają. W końcu nie graliby razem w tylu filmach (trzech?) gdyby jej nie mieli. Po za tym, powiedzmy sobie szczerze dobrze jest na nich popatrzeć. Szczególnie, kiedy scenografia w tle też jest ładna.

W tym momencie, eM chciałaby doprecyzować jedną sprawę: La la land nie jest typowym musicalem. Chociaż mogłoby się tak wydawać po wszystkich opisach i pierwszej scenie (która, jak się potem okazuje idealnie odzwierciedla to co się wydarzy w filmie. No dobra, nie ona, a piosenka w niej, ale łapiecie o co chodzi). Piosenki ( i muzyka w ogóle) są ważnym elementem, ale nie jest ich jakoś szczególnie dużo. I jeżeli eM ma być z Wami szczera, to dopiero po przesłuchaniu piosenek w domu udało jej się do nich przekonać w stu procentach, bo w kinie bardzo nie pasował jej do tego wszystkiego głos Goslinga.

Ale jak już wpadły eM w ucho, to trudno było jej się od nich uwolnić.   

Przykład odpowiedniej motywacji

To może w końcu eM napisze o czym tak naprawdę jest La la land

To historia, którą słyszeliście lub widzieliście już wiele razy. Serio. Nic odkrywczego. 
Dwoje ludzi, którzy mają marzenia, żeby zaistnieć w świecie filmu i muzyki, jednak życie ciągle stawia im kłody pod nogi. Aż tu pewnego dnia, przypadkiem się spotykają. I chyba eM nie musi Wam opowiadać co było dalej. Droga do sławy nie jest łatwa, a marzenia nie spełniają się ot tak. 

Jednak jest coś, co powoduje, że historia różni się od tego co mogliście już widzieć, a jest to zakończenie. Szczerze powiedziawszy, eM od dawna nie widziała tak dobrego zakończenia  tak przewidywalnej historii. 

Bo historia w połączeniu ze scenografią, wyglądem aktorów, muzyką i śpiewem mogła być przesłodzonym, kiczowatym tworem. Tak się nie stało. Dostaliśmy historię, która mimo swoich kolorów, mimo pięknych obrazów pokazuje nam, że czasami trzeba dokonać wyboru, który zaważy na naszym dalszym życiu. 

Czy La la land zasługuje na te wszystkie nominacje i nagrody?
eM się powtórzy i napisze, że ten film jest przeuroczym filmem, do którego będzie można wracać w długie, ponure jesienne wieczory. Zrozumiałaby gdyby dostał kilka nagród, jednak to co się dzieje? To trochę za dużo. 

Przez to ludzie nastawiają się na coś, co spowoduje, ze spadną im kapcie z nóg (a raczej buty? bo chyba nikt nie chodzi w kapciach do kina). Zamiast spróbować poczuć klimat i zobaczyć co będzie się działo, próbują zrozumieć czemu ten film otrzymał tyle nagród i nominacji. I kiedy tego wyjaśnienia nie znajdują, są rozczarowani. Nic dziwnego. 

eM się podobało. Dawno nie widziała tak uroczego, dobrze zrobionego filmu. 
Jeżeli jeszcze go nie widzieliście, nie dajcie się ponieść oczekiwaniom. Spróbujcie podejść do seansu z otwartą głową. 

Wszystkie GIFy, które widzieliście, możecie znaleźć TUTAJ

Fandom oszalał. Może to nie jest najlepsze określenie dla fandomu, który nigdy zbyt normalny n...

Rzecz o zaginionym odcinku, czyli o zamieszaniu wokół Sherlocka


Fandom oszalał.
Może to nie jest najlepsze określenie dla fandomu, który nigdy zbyt normalny nie był (eM to z miłością pisze!), ale powiedzmy sobie szczerze, chyba żaden fandom nie jest. Jednak to co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku dni wśród osób przyglądających się przygodom jedynego na świecie Detektywa- konsultanta Sherlocka Holmesa i jego najlepszego przyjaciela doktora Johna Watsona w wersji duetu Mofiss (Steven Moffat i Mark Gatiss), sprawiło, że fandom stał się jeszcze dziwniejszy. 

I żeby była jasność: to nie jest opinia eM o czwartym sezonie. To próba poukładania tego wszystkiego, co wydarzyło się w przeciągu ostatniego tygodnia (no może trochę więcej). Tylko wiecie, eM zakłada, że oglądaliście cały czwarty sezon albo nie straszne Wam możliwe spoilery.

Ale zacznijmy od początku.

W dzisiejszym poście towarzyszyć nam będzie Moriarty.
eM wie, że się stęskniliście. 

Chyba trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzyłby Sherlocka w wykonaniu BBC. Nawet nieważne, czy ktoś go oglądał.
Wiecie to ten serial, który pojawia się raz na kilka lat, a w sezonie ma tylko trzy odcinki.
Dodatkowo, jego widzowie zostali przyzwyczajeni do tego, by tak jak główny bohater doszukiwać się we wszystkim wskazówek. Tylko w odróżnieniu od Sherlocka (no dobra, może nie zawsze), czasami szukają dziury w całym.

Problem w tym, że czekanie na kolejne sezony powodowało wzrost oczekiwań. Nic w tym dziwnego. To chyba normalne, że im dłużej na coś czekamy, tym większą mamy nadzieję, że będzie to coś dobrego, a w przypadku Sherlocka coś, co pozwoli zobaczyć jak wszystko było dokładnie zaplanowane od początku do końca, przez co trzeba będzie owinąć się w szok-kocyk i próbować zrozumieć jak można było tego nie przewidzieć, bo przecież wskazówki były takie oczywiste!

Rok czy dwa, dało się jeszcze wytrzymać.
Jednak trzy lata oczekiwania na czwarty sezon (eM nie wlicza odcinka specjalnego!) spowodowały, że ludzie zaczęli tworzyć własne teorie, których część, była krótko mówiąc naprawdę dobra.
Co z kolei spowodowało, że oczekiwania co do tego co wymyślili twórcy Sherlocka wzrosły jeszcze bardziej. Bo część osób myślała, że doskonale wie, co się wydarzy.


Tak miał wyglądać fandom po czwartym sezonie...
Przez pierwsze dwa odcinki nie było źle.
Oczywiście, każdy inaczej je odebrał, ale już wtedy pojawiały się głosy, że to już nie jest to. Ale ludzie cały czas mieli nadzieję, że wszystko nabierze sensu w trzecim odcinku, tak jak to zwykle było w poprzednich sezonach.

Szaleństwo zaczęło się, kiedy w internety poszła informacja, że wyciekł ostatni odcinek czwartego sezonu Sherlocka. Z rosyjskim dubbingiem.
Co od razu skierowało wnikliwe mózgi na powtarzaną w kilku odcinkach informację, że nadchodzi wschodni wiatr. Wiecie. Że niby odcinek wyciekł z Rosji, że idzie od wschodu, to pewnie coś jest na rzeczy.

Szczególnie, że ludzie, którzy mieli możliwość (chodziło przede wszystkim o znajomość języka) obejrzenia go, powiedzieli jasno: to niemożliwe, że coś tak słabego może być ostatnim odcinkiem Sherlocka. O czym po kilkunastu godzinach mogło przekonać się jeszcze więcej ludzi, kiedy wyciekła wersja z oryginalnym dźwiękiem z tureckimi napisami.

Nie jeden, a dwa wycieki w ciągu kilkudziesięciu godzin? Może i coś takiego się zdarza, ale najdziwniejsze było podejście twórców, którzy na Twitterze i na oficjalnym fanpage'u napisali o tym.
eM nie wie jak wy, ale zazwyczaj jak coś wyciekło, to dowiadywała się tego z fanowskich źródeł, a twórcy co chwila próbowali to ściągnąć z internetu (z mniejszym lub większym skutkiem, ale było widać, że COŚ robią) przy okazji starając się nie rozpowszechniać informacji.

W międzyczasie fandom przypomniał sobie o podkreślonym przez Sherlocka stwierdzeniu w drugim odcinku czwartego sezonu: Ludzie przestają szukać po trzech. Wtedy naprawdę dużo osób było przekonanych, że odcinek, który wyciekł nie jest prawdziwym odcinkiem. Że prawdziwe zakończenie zobaczymy dopiero wtedy, kiedy Sherlock będzie miał oficjalną premierę ma BBC One.

Szczerze powiedziawszy, eM naprawdę chciała w to wierzyć, bo siedzący w niej mały marketingowiec już widział piękny przypadek promocji do opisania, ba! eM już widziała siebie w poniedziałek, rozmyślającą o tym, czy może jednak trzeciej pracy magisterskiej nie napisać w oparciu o kampanię Sherlocka.

Czekanie na premierę Ostatecznego Problemu

Niestety, twórcy nie byli tak genialni, jak chcieliby niektórzy.
Odcinek, który wyciekł, był tym który można było obejrzeć w telewizji.

I wtedy zaczęło się naprawdę.
eM wie, że są osoby, którym sezon czwarty się podobał i nie mają nic przeciwko temu, żeby teraz spokojnie czekać na kolejny sezon (który i tak nie jest pewny).

Spora część jednak ma odmienne zdanie na ten temat. Do tej grupy zalicza się eM.
The Final Problem był dla eM zbieraniną ledwo połączonych ze sobą scen, która w żadnym wypadku nie wyjaśniła tego, co miała wyjaśnić. A podobno to dzięki temu odcinkowi, pierwszy odcinek (który też nie powalał na kolana) miał nabrać sensu.

Ba! Twórcy zapewniali, że jeżeli uda im się zrobić to co mają w planach to przejdzie to do historii telewizji.
eM się pyta, do jakiej historii ma przejść Ostateczny Problem

Przykład przechodzenia do historii

Dlatego w ciągu ostatniego tygodnia powstało więcej teorii, niż w przeciągu tych trzech lat oczekiwania na czwarty sezon.

I nie powinno nikogo dziwić, że wszystkie teorie opierają się na tym, że istnieje zaginiony, czwarty odcinek, dzięki któremu wszystko się wyjaśni.
Dlaczego? eM nie chce tutaj wchodzić w szczegóły, bo o wszystkich teoriach najlepiej poczytać samemu (eM służy linkami! I poleca tumblr). Jednak jest coś, co powtarza się dosyć często: a co jeśli luki fabularne i szeroko rozumiany brak wyjaśnień jest spowodowane tym, że to co się działo w The Final Problem było snem Johna Watsona, który został postrzelony na koniec drugiego odcinka? Czymś, czym dla Sherlocka była Upiorna Panna Młoda.

Brzmi nieźle? Tego jest dużo więcej.

eM doszła już do momentu w którym obstawia, że cały trzeci i czwarty sezon to historia opowiedziana przez Andersona, bo Sherlock skoczył i nie wrócił (btw, wiecie, że nadal nie mamy informacji co się tak naprawdę stało?). 

A jeżeli wszyscy są nastawieni na odcinek, to kiedy mógłby się pojawić?
Jest kilka opcji.

Na przykład istnieje opcja, że dzisiaj, premierę nowego serialu na BBC One (Apple Tree Yard, do którego tytułu fani Sherlocka też znaleźli nawiązania) przerwie Moriarty ze specjalnym komunikatem, po którym pojawi się ostatni odcinek.

Kolejny wyciek? To też jest prawdopodobne.
Tak samo jak to, że pojawi się jako dodatek na DVD (chociaż wieść niesie, ze część osób ma już DVD i nic nowego na nim nie ma).

Najciekawszą teorią, jest nowy odcinek 8 marca, czyli wtedy, kiedy miał się rozpocząć serial, którego reklamę można było zobaczyć w The Lying Detective. Rouge ma mieć premierę właśnie tego dnia, a jego hasłem promocyjnym jest THE SECRET WILL BE UNLEASHED. 

Przypadek? eM nie wie jak Wy, ale tu naprawdę może być coś na rzeczy.
Szczególnie, że po ostatnim odcinku, znowu pojawiła się wiadomość od Moriarty'ego.
Co najciekawsze, znowu wyglądał tak jak na filmiku z Miss me, a nie tak jak na filmach dla Eurus (Euros? Jak się ona w końcu nazywa?).
Jim, co ty kombinujesz?

eM aż nie chce się wierzyć, że ludzie, którzy umieścili wycinek z gazety o Cereal Killerze w The Empty Hearse, przestali dbać o szczegóły.

... a teraz fandom wygląda tak.
Ale wiecie co? 
eM nie zdziwi się również, jeżeli to wszystko będzie szukaniem dziury w całym fanów, którzy chcieliby wierzyć, że Ci, którzy tworzyli wspaniałe historie w poprzednich sezonach, nadal mają plan na Sherlocka. Że te nieścisłości czy brak wyjaśnień był zaplanowany i teraz wystarczy poczekać na nowy odcinek, żeby wróciła w nich wiara. Czy to w zagubionym odcinku, czy w piątej serii. 

Sam pomysł istnienia czwartego, specjalnego odcinka Sherlocka wydaje się być idealnym pomysłem dla tego serialu, szczególnie, jeżeli naprawdę twórcy zostawili widzom wskazówki dotyczące jego istnienia (a przy okazji, chwalili się, że trzeci odcinek kosztował dwa razy więcej niż zwykle i kręcili go dłużej). A jeżeli już się pojawi, to eM coś czuje, że jego zapowiedzią będzie pojawienie się naszego ulubionego Kryminalisty- Konsultanta

Bo w końcu ktoś musi nas o tym fakcie poinformować, a kto jak nie Moriarty? 

Jednak eM, pomimo obserwowania teorii, stara się nie nastawiać. Bo jeżeli zostaniemy z tym co już widzieliśmy, to będzie bolało. I chyba lepiej już zacząć sobie z tym radzić już teraz. 

eM ma nadzieję, że jeszcze będzie miała okazję zobaczyć Moriarty'ego.
Nie zdziwi się, jeżeli stanie się to niedługo.
Nie zdziwi się, jeżeli będzie musiała na to długo poczekać.
A Wy co myślicie?  Czy istnieje czwarty odcinek czwartej serii?
Macie swoje ulubione teorie?

eM ma nadzieję, że wszyscy już czytali pierwszą część jednej z najlepszych książek 2016 roku? Nie...

Leigh Bardugo - Crooked Kingdom (Szóstka Wron #2)

eM ma nadzieję, że wszyscy już czytali pierwszą część jednej z najlepszych książek 2016 roku?
Nie? To na czekacie?
TUTAJ macie link do opinii eM. 

Kiedy eM czyta kolejną część serii, która do tej pory spełniła wszystkie jej wymagania a nawet więcej, odczuwa niepokój. Tym większy, im więcej czasu upłynie pomiędzy odłożeniem poprzedniej części a rozpoczęciem lektury następnej. 
Nawet jeżeli od razu, radośnie sięgnie po następną część, to gdzieś w otchłani mózgu czai się przeczucie, że już po kilku stronach może się okazać, że autor lub autorka zaprzepaścili wszystko, co stworzyli do tego momentu. 

Wiecie o co chodzi, prawda? 
Więc pewnie ucieszycie się, kiedy eM Wam napisze, że w przypadku Crooked Kingdom tak nie jest. 

Dlatego, jeżeli jeszcze nie czytaliście Szóstki Wron, idźcie to naprawić, eM na Was poczeka (a raczej jej post). Całą resztę zaprasza dalej. Poniżej eM wspomina trochę o tym co się działo w poprzedniej części.

Serio, serio.

Tak mogła wyglądać eM czytając niektóre fragmenty.

Akcja rozpoczyna się zaraz po zakończeniu tej z Szóstki Wron, dlatego jeżeli macie taką możliwość - postarajcie się czytać je jedną po drugiej - wtedy będziecie mieli wrażenie że czytacie jedną, bardzo długą książkę. A przecież długie, wciągające historie, to to, co mole książkowe lubią najbardziej, prawda? 

Kaz chce odzyskać swoje pieniądze i sprawić, że Jan Van Eck zapłaci (i to nie tylko o finanse tutaj chodzi). No i tak jakoś przy okazji na początku odbić Zjawę, bo przecież Inej będzie bardzo potrzebna (jest ZJAWĄ) w przeprowadzeniu planu i wcale a wcale Kazowi na niej nie zależy. Wcale.

Nie to żeby nawet jego ekipa mu nie wierzyła.

W Crooked Kingdom znowu dostaliśmy opowieść z perspektywy wszystkich najważniejszych bohaterów (znaczy całą szóstkę Wron). Tym razem dowiadujemy się trochę więcej o Wylanie i Jesperze. I dobrze, bo każda postać z tej ekipy jest tak ciekawa, że grzechem byłoby nie wykorzystać potencjału opowiedzenia historii którejś z nich.

Podobnie jak i w Szóstce Wron, akcja gna do przodu, jednak gdy tam wszystko zmierzało do prosto do jednego kulminacyjnego momentu tutaj pojawia się trochę więcej przeszkód z którymi bohaterowie muszą sobie poradzić.

A jak tam Wasze emocje? Jeżeli wydaje Wam się, że jesteście przygotowani na to, co się będzie działo w drugiej części to eM może Was wybić z błędu - nie ważne jak bardzo będziecie się starali przygotować, Wasze emocje zostaną zmiażdżone.
Zdeptane.

I nawet szok-kocyk nie pomoże.

Całe szczęście, znajdzie się też coś lżejszego. Przepychanki słowne i rozmowy miedzy Kazem a Resztą Świata znowu stoją na najwyższym poziomie. Można sobie radośnie kwiknąć, można zapisać i wykorzystać w przyszłości (co eM ochoczo zrobiła).

Leigh Bardugo po raz kolejny pokazuje, że świat nie jest czarno-biały, a czytelnicy uwielbiają postacie, które w innej historii mogłyby z powodzeniem zastąpić Czarne Charaktery (ewentualnie Tych Złych).

To właśnie w w Crooked Kingdom, eM zauważyła pewne podobieństwo historii do Sherlocka (serialowego z BBC oczywiście). Na początku myślała, że to kwestia postaci. Sherlock i Kaz nie przepadają za ludźmi, mają własne ekipy, które niby ich nie lubią, a jednak może trochę ich lubią, i obaj mają jedną osobę, za którą daliby się pokroić (chociaż oczywiście trudno im się do tego przyznać). Po zastanowieniu się nad tym, doszła do wniosku, że bardziej chodzi o klimat przygody, swego rodzaju sprawy do rozwiązania, sposobu w jaki bohaterowie do niej dotarli (plan, plan, plan i jeszcze raz plan! I humor).

Duologia Szóstki Wron (chociaż Leigh powiedziała, że może kiedyś jeszcze wróci!) jest jedną z nielicznych historii, gdzie są wątki romantyczne, ale są w taki sposób wyważone, że w zupełności wystarczą. Na brawa zasługuje także relacja Inej i Niny - w końcu ktoś opisuje dziewczyny jako istoty, które potrafią się wspierać, a nie tylko walczyć ze sobą.

Podsumowując: przygotujcie swoje szok-kocyki, a wszystko będzie dobrze (a przynajmniej eM tak sobie powtarza)!
Jeżeli podobała Wam się Szóstka Wron, to Crooked Kingdom jest dla Was lekturą obowiązkową.

W Polsce, Crooked Kingdom ma zostać wydane przez Wydawnictwo MAG w marcu tego roku.