Zanim rozpocznę wyrzucanie z siebie emocji na temat nowelki-która-przypadkowo-stała-się-kolejną-częścią , chciałabym zaznaczyć, że poniż...

[Same Spoliery] Sarah J. Maas - Wieża Świtu (Szklany tron #6)


Zanim rozpocznę wyrzucanie z siebie emocji na temat nowelki-która-przypadkowo-stała-się-kolejną-częścią, chciałabym zaznaczyć, że poniższy tekst będzie zawierał masę spoilerów - jeżeli jeszcze nie czytaliście tej (bądź pozostałych) części - czytacie na własne ryzyko. Dla tych, którzy są ciekawi mojej opinii bezpośrednio po skończeniu lektury (która po takim czasie trochę się różni od tego co przeczytacie poniżej) - zapraszam na bukszots.
Jeżeli myślicie, że czekałam z niecierpliwością na Wieżę Świtu, to jesteście w błędzie.
Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz. Nie lubię Chaola. Jest dla mnie nijaki i za każdym razem, kiedy czytałam jego narrację w poprzednich częściach, szybciej przerzucałam strony, żeby wrócić do kogokolwiek innego.
Dlatego wcale nie odczuwałam jego braku w Imperium burz, ale kiedy dowiedziałam się, że Sarah ma zamiar napisać nowelkę o kapitanie Westfalu (proszę, wstawcie tu sobie którąś z piosenek Westfall, podczas lektury nie mogłam się powstrzymać od tego skojarzenia) – miałam nadzieję, że może w końcu się polubimy. Trwało to do momentu, kiedy w świat poszła informacja, że nowelka rozrosła się w pełnowymiarową książkę, która na dokładkę przesunęła datę premiery ostatniej części Szklanego tronu o ROK.
Czy Wieża Świtu była potrzebna? W pewnym sensie tak, chociaż zastanawiam się, na ile kluczowe informacje, których dowiadujemy się w tym tomie były zaplanowane a w jakim stopniu były wypadkiem przy pracy. Czy trzeba było robić z Wieży Świtu kolejną cegłę? Nie, gdyby dobrze zaplanować wydarzenia, wystarczyłoby około 300 – 400 stron. Żebyście mogli to sobie wyobrazić – wystarczyłaby objętość mniejsza niż pierwszej części Szklanego tronu zamiast zamiast tej Królowej cieni.   
Co ciekawe, im więcej czasu upływa od zakończenia lektury Wieży świtu tym moja opinia o tej części jest coraz bardziej niepochlebna. Na początku byłam zadowolona. Podobało mi się to, że w końcu świat został rozszerzony, że poznaliśmy nowe, całkiem ciekawe postacie (których relacje przypominały mi momentami bandę z Dworu Cierni i Róż, ale nadal nie mogę dojść dlaczego)  i że chociaż początek trochę się dłużył, to końcówka to wynagrodziła w zupełności. Nie wiem, czy to nie jest kwestia tego, że książki Maas czyta się po prostu dobrze - nawet mimo pojawiających się dłużyzn, akcja pędzi do przodu a kartki przewracają się same. Trochę tak jakby historia chciała nam powiedzieć szybko, szybko zanim dojdzie do nas, że to bez sensu.
Po pewnym czasie, zaczęłam się jednak zastanawiać, czy to aby na pewno dobrze, że dostaliśmy coś, co ewoluowało z krótkiej formy do kolejnej cegły. Pomyślcie w ten sposób, czy jeżeli coś co ma być jedynie dopełnieniem serii (nowelka) zamienia się w pełnowymiarową, dodatkową część, świadczy o tym, że autor wie jak ma wyglądać zakończenie serii? Zaczynam się obawiać, że w przypadku Sarah J. Maas tak nie jest. Szczególnie, że nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi, została tylko jedna część (Kingdom of Ash) do której zostaną zapewne dorzucone kolejne dwie perspektywy nowych bohaterów.
Nie podobało mi się również to w jaki sposób rozwiązany został wątek Chaola i Nesryn, który poświęcono na ołtarzu dwóch nowych błyskawicznych miłości (i nie mówcie mi, że tak nie było, jak było - nawet nie wiem w którym przypadku bardziej, chociaż z wiadomych względów skłaniałabym się bardziej ku Chaolowi i Irene). A nawet zanim to nastąpiło momentami wydawało mi się, że Chaola i Nesryn siedzą w tej samej historii za karę.
Chaola dalej nie lubię. A cały jego wątek sprowadził się do zapewnienia nas, że w ostatniej części Szklanego tronu (i mam nadzieję, że definitywnie i ostatecznie ostatniej) będziemy mieli osobę, która poradzi sobie z Valgami. Według mnie Lord Westfal myśli jedynie o sobie (nawet jeżeli wspomina o Dorianie, czy próbuje przewidzieć co zrobi Aelin - co zresztą niezmiernie mnie rozśmieszyło).
Z drugiej strony, nie mogę jednak powiedzieć, że nie ma sensu czytać Wieży świtu. Szczególnie, kiedy czytało się poprzednie części i ma się zamiar przeczytać Kingdom of Ash. W końcu wyjaśniła się kwestia kim (czym?) jest Maeve, dostaliśmy rozwiązanie na problemy z opętaniem przez Valgi, które nie wymaga zabójstwa (czyli nasza piękna, zdolna, urocza uzdrowicielka, którą wszyscy kochają Irene), plus dowiedzieliśmy się co się dzieje z Aelin w trumnie (co brzmi dziwnie, no ale przecież tak było). Czy to mało? Jak na tyle stron - pewnie tak. Chociaż jeżeli dostaniemy wszystkie wyjaśnienia w skondensowanej wersji już w siódmym tomie - to zostaje pytanie - dlaczego szósty powstał w formacie jaki powstał.
Ale wiecie co? Wieże świtu na pewno warto było przeczytać, żeby przekonać się, że wszyscy uwielbiają Rowana - poziom fangirlowania jego osoby wśród nowych bohaterów ustanawia nowe progi.

Właśnie mija rok od momentu, kiedy rozpoczęłam swoją przygodę z kdramami (a jeśli  wierzyć źródłom znalezionym przeze mnie w mediach...

[eMdramy] Czego nauczyłam się po roku oglądania kdram?


Właśnie mija rok od momentu, kiedy rozpoczęłam swoją przygodę z kdramami (a jeśli  wierzyć źródłom znalezionym przeze mnie w mediach społecznościowych - minął dokładnie rok. Zresztą rzućcie okiem na dowody poniżej). O swoich początkach pisałam jakiś czas temu, jednak wiecie jak to jest - pierwsze wrażenia bywają różne (czasami mylne), dlatego wracam do Was z moimi obserwacjami odnośnie oglądania kdram.

Zacznijmy od tego, że to cholerstwo (przy czym piszę to za całą sympatią jaką posiadam do dram) niesamowicie wciąga. Myślicie, że obejrzycie jedną dramę, żeby przekonać się, czy to coś dla Was i na tym skończycie? Nie ma takiej opcji. Zaraz po zakończeniu ostatniego odcinka zaczniecie się zastanawiać co to było, po czym radośnie pójdziecie szukać kolejnego tytułu do obejrzenia, tak tylko żeby sprawdzić, czy to tylko ta konkretna drama tak ma, czy to we wszystkich dokładnie tak to wygląda (albo podobnie).


Jeżeli jesteście przesiąknięci zachodnią, a w szczególności amerykańską kulturą (tak jak to jest w moim przypadku) przygotujcie wasze mózgi na niezły zestaw ćwiczeń. Pamiętam swoje początki, kiedy byłam przekonana, że doskonale wiem co się za chwilę wydarzy się na ekranie - i moment, kiedy działo się coś innego (czasami zupełnie innego), przez co miewałam krótkie kryzysy postrzegania tego jak można poprowadzić historię (a mój mózg nie mógł tego ogarnąć).

Mózg będzie chciał podpowiedzieć, co powinno się wydarzyć? Nie tym razem. 

Mimo, że już powinnam się przyzwyczaić, to dramy nadal mnie zaskakują - tym, że można zrobić coś inaczej (co brzmi głupio, ale naprawdę tak to czuję). Szczególnie jeżeli chodzi o elementy, które mnie irytują w zachodnich produkcjach. Ale nie myślcie sobie, że w tym przypadku wszystko będzie idealnie. Twórcy dram też nie są bez winy, a czasami bardzo trudno powstrzymać się od facepalma. I w tym momencie czas na kolejne przemyślenie: dramy trzeba oglądać z kimś. Niekoniecznie musi to być ktoś siedzący obok Was (znaczy wiecie, ja tego nie testowałam, bo nikogo nie udało mi się zmusić przekonać do oglądania dram, ale wyobrażam sobie, że komentowanie na bieżąco musi być fajne), zawsze możecie komentować co się dzieje, wymyślać pokrętne teorie i zastanawiać się, jakby wyglądał dany wątek, gdyby został przemielony przez Amerykanów, przez komunikatory internetowe (cześć Gosiarella!) albo znaleźć grupę wsparcia, która rozumie i nie ocenia, bo doskonale wie jak to jest oglądać dramy (albo założyć ją samemu - polecam rozwiązanie i pozdrawiam tych co wiedzą!).  


Dramy wymagają również dobrej organizacji i rozplanowania. W moim przypadku polega to przede wszystkim na podjęciu decyzji o tym, czy dany tytuł będę oglądała na bieżąco, czy może będę go maratonowała już po zakończeniu. W pierwszym przypadku, warto pamiętać o tym, że kiedy opuszcza się jeden dzień emisji (czyli jeden lub dwa odcinki - w sumie godzinę), to nadrobienie tego bywa trudne. A jeżeli chodzi o maratonowanie - polecam trzymać się zasady Jeden weekend = Jedna drama. Samo zapamiętanie na którym odcinku skończyło się seans (i czy przypadkiem już się tego nie oglądało) też stanowi wyzwanie, w którym pomagają serwisy w których można kontrolować i zapisywać co już się obejrzało - w moim przypadku jest to MyDramaList (gdzie możecie zobaczyć co już obejrzałam, co mam w planach a nawet zaprosić mnie do znajomych).

Dramy będą się starały Was oczarować wszystkimi możliwymi sposobami.

Dramy uczą też tego, że nie można być pewnym szczęśliwego zakończenia (a zwłaszcza, kiedy oglądacie dramę historyczną - bądźcie pewni, że połowa obsady skończy w kałuży krwi). Oglądacie komedię romantyczną, gdzie wszystko jest przesłodkie, więc myślicie, że główni bohaterowie będą mieli bajkowe zakończenie - uważajcie na swoje serduszka, bo to błędne podejście. Podobnie jest w przypadku, kiedy drama ma bardzo ciekawy początek - jesteście zachwyceni pierwszymi odcinkami, a potem się okazuje, że scenarzyści chyba zapomnieli co było główny wątkiem. Dlatego jeżeli oglądacie, powinniście być przygotowani na wszystko - teoretycznie brzmi to jak rada przy oglądaniu pierwszego lepszego serialu, ale jeżeli obejrzycie kilka dram, to zrozumiecie o co mi chodziło.


Nie wiem czy wiecie, ale jest wiele form serduszkowania. Dzięki dramom nauczyłam się kilku z nich i nie powiem, uznaję je za przeurocze. Plus dowiedziałam się, że serduszkować można wszędzie i wszystko i wygląda to o wiele lepiej niż lajkowanie. Rok z dramami przekonał mnie również do humoru sytuacyjnego - do pewnego momentu byłam zwolenniczką ironii i sarkazmu, jednak po roku oglądania czasami absurdalnych gagów, chyba zaczęłam się przyzwyczajać. I wiecie co? To naprawdę poprawia humor!

Prawdopodobnie tak właśnie skończycie oglądając dramy

I prawie bym zapomniała - płaszcze (koniecznie pełna szafa!) są główną, niezbędną częścią garderoby. Nie przekonacie mnie, że jest inaczej!

Już mieliście styczność z dramami? Czego ciekawego nauczyliście się podczas ich oglądania? A może chcielibyście zacząć, ale nie wiecie od czego (nie bójcie się, niedługo Wam coś podpowiem!).

Nie wiem czy wiecie, ale jestem jedną z nielicznych osób, które nie były zachwycone Szklanym tronem , a dokładniej jego dwoma pierw...

Jay Kristoff - Nibynoc (The Nevernight Chronicle #1)



Nie wiem czy wiecie, ale jestem jedną z nielicznych osób, które nie były zachwycone Szklanym tronem, a dokładniej jego dwoma pierwszymi częściami (macie tutaj dowód). Moim największym problemem było przedstawienie postaci Celaeny, która miała być groźną zabójczynią z ciemną/ciężką historią, jednak wyszła z niej Standardowa Bohaterka Młodzieżówki Fantasy (ale spokojnie, w kolejnych częściach jest z nią lepiej, a poza tym więcej miejsca dostają inni bohaterowie). Każdemu kto chciał słuchać (czyli prawie nikomu) powtarzałam, że to co mówią/piszą o Celaenie zupełnie się nie zgadza z tym jak ona postępuje. Że straszliwa Zabójczyni jest straszna tylko dlatego, że tak o niej mówią – nie przez to, że zrobiła coś, przez co zasłużyłaby na ten tytuł.
Dlaczego o tym piszę? Bo Mia, główna bohaterka Nibynocy jest bardzo dobrym przykładem na to, że i z nastolatki można zrobić zabójczynię, której wszyscy się boją  bo robi naprawdę straszliwe rzeczy, a nie tylko o nich mówi. No dobra, jeżeli chodzi o bohaterów, to tam takie zachowanie to raczej norma, ale jeżeli chodzi o czytelników - niezbyt często spotyka się głównych bohaterów, po których można się spodziewać wszystkiego, co najgorsze (a przynajmniej ja na takich nie trafiam zbyt często)
Sam pomysł na historię, może wydawać się niezbyt interesujący- ot, kolejna historia o dziewczynie, które chce pomścić rodziców i trafia na szkolenie do "Specjalnego Miejsca". Jednak nie myślcie, że to drugi Hogwart - plan zajęć wygląda zupełnie inaczej (w skrócie można opisać go opisać jako “Jak zabić i/lub wyciągnąć przydatne informacje”).
Szalenie fascynujący jest sam świat, w którym rozgrywa się historia - czuć tu klimat Wenecji połączony z brutalnym światem, gdzie krew leje się strumieniami (serio, serio). Dodajcie do tego jeszcze system wierzeń, przy czym jeden z nich skoncentrowany jest wokół Pani od Błogosławionego Morderstwa (niech ten tytuł mówi sam za siebie w co wierzą i czym się zajmują jej wyznawcy), plus niezbyt jasną sytuację polityczną oraz system magiczny, który nie przypomina niczego o czym wcześniej czytałam (szczególnie jeżeli chodzi o pewnego kota głównej bohaterki). I tak w ogóle to tam dużo się dzieje i cały czas się dzieje. A w kolejnych częściach pewnie będzie się działo jeszcze więcej, jeżeli wyznacznikiem może być ilość pytań na których nie dostaliśmy odpowiedzi.
W końcu znalazł się ktoś, kto postanowił opowiedzieć historię w trochę inny sposób. Zdaje sobie sprawę, że dla części osób te rozwiązania mogą być irytujące, jednak jeżeli lubicie słowne zabawy i nie macie problemu z tym, że trzeba chwilę poczekać, zaczniecie rozumieć o co w ogóle chodzi (pierwszy rozdział, chociaż początkowo trudno stwierdzić co się dzieje jest jedna wielką zabawą słowem!), ale uwierzcie mi - warto! Spodobało mi się również uchylanie rąbka dotyczącego historii świata w przypisach - chociaż początkowo miałam problem z utrzymaniem
I chociaż wydawałoby, że Nibynoc będzie ciężką i powolną lekturą, to historię Mii czytało mi się zaskakująco szybko. Co więcej, narrator (oraz sami bohaterowie) raczą nas solidną dawką humoru. Przy czym tak jak wspominałam wcześniej - przygotujcie się na przejażdżkę kolejką górską, jeżeli chodzi o tempo wydarzeń - tu nie ma miejsca na oddech.
Nibynoc nie jest książką, która będzie się podobała wszystkim - patrząc po ocenach innych osób powiedziałabym raczej, że albo będziecie ją kochać albo zupełnie nie przypadnie Wam do gustu. Dlatego zanim radośnie pobiegniecie do księgarni kupić sobie egzemplarz - spróbujcie przeczytać fragment pierwszego rozdziału, żeby zorientować się czy to to.
Na zakończenie prośba do Was (skoro już jesteśmy w temacie księgarni) - jeśli zobaczycie, że Nibynoc stoi na literaturze młodzieżowej (niestety takie przebąkiwania słyszałam), bądźcie tak dobrzy i przenieście ją na fantastykę - potencjalnie przerażeni młodzi czytelnicy Wam podziękują (oczywiście mam tu na myśli młodszą młodzież. Niestety nadal nikt nie pomyślał, żeby wyraźnie oddzielić YA od Middle grade w Polsce. Chociaż, jaka pomyślę co sama czytałam będąc targetem Middle grade… Może porozmawiajmy o tym innym razem).

O Nibynocy pisałam też w bukszots - znajdziecie tam także opinie o innych książkach, które czytałam.
Druga część - Bożogrobie - w Polsce będzie miała premierę w czerwcu (obserwujcie wydawnictwo MAG, jeżeli chcecie znać szczegóły. Albo mnie na facebooku - na pewno będę jeszcze w tym temacie piszczała pisała).

Jestem jedną z tych nielicznych osób, które zdają sobie sprawę z większości mankamentów Shadowhunters a i tak nie przeszkadza mi to w r...

Shadowhunters [BINGO!]


Jestem jedną z tych nielicznych osób, które zdają sobie sprawę z większości mankamentów Shadowhunters a i tak nie przeszkadza mi to w radosnym oczekiwaniu na kolejny odcinek (tak, wiem - to masochizm). Kilkakrotnie żartowałam, że serial ma ogromny potencjał do bycia podstawą do stworzenia alkogry -  jednak trzeba pamiętać, spora część widowni tego serialu jest niepełnoletnia. Dlatego z okazji premiery trzeciego sezonu (no dobra, czy oglądając pierwsze odcinki wierzyliście, że będzie trzeci sezon?) postanowiłam stworzyć Shadowhunters BINGO!, które możecie uzupełniać jak dodatkową rozrywkę przy każdym odcinku (zamienić to na alkogrę też się teoretycznie da, jak się postaracie).

Poniżej znajdziecie listę szesnastu motywów lub wydarzeń, które mogą mieć miejsce w odcinku Shadowhunters (plus ich opisy, żebyśmy wszyscy mieli jasność o co chodzi)- zauważyliście coś podczas oglądania? Zaznaczajcie! Jeżeli komuś uda się uzyskać cztery pola tak, że można przez nie przeprowadzić linię prostą - wygrywa możliwość marudzenia, że odcinek był przewidywalny.

Przygotowana przeze mnie plansza do Shadowhunters BINGO! znajduje się na samym dole.

Simon wpada w tarapaty. Znowu go porwali (serio straciłam już rachubę ile razy to się stało)? Raphael chce go zamordować, bo zniszczył mu garnitur? Scenarzyści Shadowhunters są tak kreatywni (czasami aż za bardzo), że na pewno wymyślą nowego.

Jace ma skrzyżowane ręce. Nie wiem czy Dom robi to specjalnie, ale bardzo często możemy zobaczyć Jace’a stojącego ze skrzyżowanymi rękami. Przykład na załączonym obrazku.



Clary wie lepiej co trzeba zrobić. Im więcej osób powie Clary, że nie powinna czegoś zrobić, tym większe prawdopodobieństwo, że właśnie tak zrobi. Znane również jako “Clary, nie! Clary tak!”
Izzy kopie tyłki. Izzy pokazuje, że można świetnie wyglądać rozprawiając się zarówno z demonami jak i uciążliwymi TYMI ZŁYMI. Bieganie w butach na wysokich obcasach też możemy tu zaliczyć.

Raphael wywraca oczami. Czasami się boję o Raphaela, bo wywraca oczami prawie tak często jak ja oglądając najsłabsze momenty Ganiaczy Cieni. Wyraźne zirytowanie bez wywracania oczami też się liczy!

Motyw z książki inaczej. Serial nigdy nie będzie książką i nie należy ich tak dokładnie porównywać. Jednak czasami pojawiają się dość znajome wątki (czy motywy), które przedstawione są w zupełnie inny sposób. Czasami tak, że aż się czeka, żeby zobaczyć czy udało im się je poprowadzić w sensowny sposób (na razie nie widziałam takiego przypadku).



Efekty specjalne kłują w oczy
Demony. Portale. Tło.
Wybierzcie co chcecie.  

Bez Magnusa wszyscy by zginęli. Magnus pojawia się niczym książe na białym koniu i ratuje tyłki wszystkim Nocnym Łowcom w okolicy a przy okazji połowie Podziemnych. Znane również jako: jak trwoga to do Magnusa.

Twarde prawo, ale prawo. Nocni Łowcy stosują się do swoich praw, po czym okazuje się, że wcale to nie jest najlepszy sposób postępowania i wychodzą na  zacofanych i ograniczonych.

W soundtracku słychać techno. Soundtrack Shadowhunters ma to do siebie, że albo nie słychać nic specjalnego, albo dostajemy techno w scenach walki. Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że na techno w scenach walki Nocnych Łowców nie ma miejsca.

To akurat było zabawne! Jednym z największych oczekiwań w stosunku do Shadowhunters było przyzwoite odzwierciedlenie humor znanego z książek. Do tej pory było z tym różnie, dlatego na zachętę warto zauważyć, kiedy pojawi się coś zabawnego!

Dowolny facepalm. To możecie zaznaczyć, kiedy przyjdzie Wam ochota na mocne zetknięcie swojej dłoni z czołem (twarzą?) na skutek… może lepiej nie wnikajmy. Na pewno Ganiacze Cieni nas nie zawiodą!



Wątek, którego mogłoby nie być. Kojarzycie takie momenty podczas odcinka, kiedy chcecie przewinąć jak najszybciej jeden z wątków, bo nie możecie na niego patrzeć? Często też ten wątek nie wnosi nic ciekawego (ani nowego) do fabuły. Też tak mam, szczególnie kiedy na ekranie pojawia się za dużo Clary z Jacem (osobno da się ich znieść, razem w dużej ilości - bywa ciężko).

Walka, która dobrze wygląda. Jak na serial w którym główni bohaterowie z założenia powinni walczyć, sceny walki są dość słabo wykonane (widać, że ktoś inny walczył, ciosy nie dotykały przeciwników). Pojawiają się jednak światełka w tunelu, które powodują, że nowe gify na tumblrze pojawiają się jak grzyby po deszczu.

Scena dla fanów. Znany niektórym jako fanservice. W internetach słychać głosy fanów, że potrzebują więcej scen z Magnusem i Alekiem - zrobione. Puszczenie oka dla fanów Diabelskich Maszyn - zrobione. Każdy nowy pomysł mile widziany. Przynajmniej przez fanów, którzy chcieli ten pomysł zobaczyć na ekranie.

Alec się obraża. Może nawet nie tyle co obraża, co jest negatywnie nastawiony. Do czegokolwiek. Prawdopodobnie po jakimś czasie mu przechodzi i uznaje, że ktoś inny miał rację. Wliczamy w to również wywracanie oczami i marudzenie!



Na zakończenie.
Ja naprawdę lubię oglądać Ganiaczy Cieni (pisałam już, że to masochizm przeze mnie przemawia?), więc proszę potraktować powyższy post z przymrużeniem oka.
A jeżeli macie pomysł jakie inne wątki/motywy mogłyby się znaleźć w BINGO Nocnych Łowców? Dajcie znać - planszę zawsze można rozbudować.