Dawno, dawno temu ( no dobra, wcale nie tak dawno temu ), istniała sobie seria książek opowiadająca o przygodach Nocnych Łowców . Zdobył...


Dawno, dawno temu (no dobra, wcale nie tak dawno temu), istniała sobie seria książek opowiadająca o przygodach Nocnych Łowców. Zdobyła wielką popularność wśród czytelników, dzięki czemu powstało jej własne Królestwo (znaczy fandom). Życie poddanych (znanych również jako fanów) biegło leniwie, od premiery jednej części do drugiej. 

Pewnego dnia w Królestwie zapanowało poruszenia. Seria zostanie zekranizowana! 
Radości nie było końca.

Simon wyraził to co eM myśli o powyższym tekście

Do momentu, kiedy większość nie zobaczyła filmu i stwierdziła, że to chyba obok książek Cassandry Clare nie stało. Film okazał się klapą. Szanse na drugą część wydawały się nikłe, a potem nawet i te nieśmiałe informacje ucichły. 

Po czym okazało się, że jednak nie wszystko stracone, bo będzie serial. 

I o tym serialu porozmawiamy właśnie dzisiaj. 

eM zbierała się do napisania swojej opinii o pierwszym sezonie Shadowhunters naprawdę długo. Z resztą jeżeli jesteście w temacie, to wiecie, że już 2 stycznia wracają z drugim sezonem.  
Czemu tak się stało? 

Trudno było jej zebrać myśli tak, żeby w precyzyjny sposób wyrazić co dokładnie sądzi na temat Shadowhuntersów

Jeżeli jesteście zainteresowani marudzeniem z dużą ilością GIFów, Raphael mówi co możecie zrobić

Zacznijmy od najważniejszego: Shadowhunters nie jest dobrym serialem. 

Proszę bardzo, eM to napisała, możecie jej to potem wypominać. 
Nie oznacza to jednak, że eM nie widzi w tym serialu dobrych elementów, które przy odrobinie dobrej woli ze strony twórców i ciężkiej pracy wszystkich zaangażowanych, mogą spowodować, że serial stanie się przyzwoity.

Ba! eM jest pewna, że gdyby chociaż trochę inaczej wyglądało kilka spraw, to eM wolałaby serial od jego pierwowzoru. Ale o tym będzie później. 

Niestety,  istnieje całkiem duża przeszkoda, która może spowodować, że chociaż drugi sezon już niedługo, to kolejnego się nie doczekamy, nawet jeżeli zostaną poprawione problemy z pierwszego sezonu. 

Hej, może i jest źle, ale mogło być gorzej.
Prawda?

Ekranizacja książki, czy to serialowa czy filmowa ma to do siebie, że będzie musiała zarówno spróbować zyskać grono nowych (własnych) fanów jak i zmierzyć się z niezadowolonymi czytelnikami. 

W większości przypadków serialowych ekranizacji książek, które eM przychodzą na myśl w tym momencie, pierwowzory miały niezbyt liczne grono fanów. A przynajmniej nie byli oni tak widoczni. Wtedy, chociaż można słyszeć marudzenie, jest to marudzenie z oddali 

Największym problemem Shadowhunters jest to, że to kolejna próba ekranizacji serii, która ma ogromną liczbę fanów na całym świecie. Przez co muszą się zmierzyć nie tylko z wyobrażeniami fanów książki, ale również z tym, co zaproponowali twórcy filmu. 

Tłumacząc tym z Was, którzy nigdy nie mieli kontaktu w internecie z fandomem, którego historia jest ekranizowana: ludzie czepiają się o wszystko. 
Zaczynając od zmian w historii (przecież to tak w książce nie było!), poprzez marudzenia na temat wyglądu aktorów (ale Alec miał BŁĘKITNE OCZY, Clary była ruda, ale Kat to już jest ZA ruda), kończąc na bezpośrednich wiadomościach do aktorów i twórców z informacją jacy to oni są beznadziejni i jak wszystko zniszczyli. 

Nie wspominając, o bardzo taktownych (niczym słoń w składzie porcelany) aluzjach Cassandry Clare pod adresem całej ekipy.

Spokojnie, Alec też nie może się temu nadziwić

Okej, eM to w pewnym stopniu rozumie. Dobrze byłoby zobaczyć swoją ukochaną historię przeniesioną 1:1 na ekran (czy to telewizyjny, czy kinowy), ale tak się nie da. 

Owszem, porównywać można, a nawet trzeba, bo to stymuluje mózg, a jeszcze przez przypadek można się czegoś ciekawego dowiedzieć. I porozmawiać z kimś o tym. 
Albo stwierdzić, że tak w ogóle, to jednak serial jest lepszy niż książka (tak jak eM w większości przypadków. Tylko dajcie eM dobrych Zaklepańców). 
A jak jeszcze trafi się Wam odniesienie do innej serii tej samej autorki, to już w ogóle można sobie pogratulować, że udało się to zauważyć. 

A w Shadowhunters akurat na to nie możecie narzekać. Chyba w przypadku większości odcinków, eM kwiknęła z radości, przy czym zaczynała wymachiwać palcem, bo widziała, jak twórcy się wycwanili. 

Ale zacznijmy od początku. 

Wyzwaniem to dopiero będzie skończenie tego posta.
Pierwszy sezon Shadowhunters trzyma się mniej więcej tego, o czym mogliśmy przeczytać w Mieście Kości.  
Przez mniej więcej, eM ma na myśli, że w serialu zobaczycie główne wydarzenia, które znacie z książki, ale sposób w jaki bohaterowie do nich docierają jest inny. 

Czy to dobrze? 
Byłoby dobrze, gdyby eM miała wrażenie, że twórcy serialu wiedzą co robią. 

Niestety, ale tutaj tak nie ma. 
Wiele razy eM łapała się na tym, że zauważała, że coś jest zmienione jeżeli chodzi o to co wydarzyło się w książce, jednak nie była przekonana, czy wszyscy są świadomi tego, jak ta jedna mała zmiana wpływa na budowę całego świata oraz tego co się w przyszłości wydarzy. 
Szczególnie chodzi tu o wyjaśnienie podstawowych zasad działania Świata Nocnych Łowców. Chociaż jest to przewidywalne i momentami bywa nudne, to eM z chęcią zobaczyła jak ktoś tłumaczy Clary, co się dzieje. A tak to mamy niedopowiedzenia. 

eM nadal nie jest przekonana, że rozumie dokładnie jak w Shadowhunters działają runy, ale hej. Przynajmniej wie w końcu jak wymówić przyrząd do ich tworzenia. 

Brakuje też trochę humoru z którego znana jest seria Cassandry Clare. I to nawet nie chodzi o to, że zapomnieli o nim, ale część tekstów jest po prostu drętwa lub nawet żenująca. 


Jedną z rzeczy, które spowodowały, że eM mimo wszystko ogląda, a czasami nawet broni Shadowhunters, jest sposób w jaki przedstawiono bohaterów. 

W książkach Cassandry Clare, główne skrzypce grali Jace i Clary. Cała reszta była tłem, któremu czasami udało się przebić, szczególnie w pierwszych częściach, bo dalej było trochę lepiej. Jednak jak eM o tym teraz myśli, to każdy z tych bohaterów miał przypiętą łatkę z której był znany, a w nagrodę dostawał jakiś mało ważny, poboczny wątek. 

Jak nastoletnia eM uwielbiała Jace'a, tak z roku na roku jego zachowanie bawiło ją coraz mniej. To samo można napisać o Clary o której kiedy teraz pomyśli, przypomina sobie jak irytujące musiało być jej zachowanie wobec pozostałych bohaterów. 


Lightwoodowie prezentują jedyne słuszne podejście wobec Jace'a

Tutaj mamy bandę bohaterów z których każdy dostał przyzwoity czas na ekranie. I to właśnie Ci, których nie zobaczylibyśmy w takim stopniu, gdyby wszystko szło zgodnie z książką, są najsilniejszymi elementami tego serialu. 

eM nie wyobraża sobie, żeby mogła wrócić wyobrażenia sobie Aleca i Izzy jako ich wersji książkowych, lub co gorsza - filmowych. To nie tylko zasługa scenarzystów, którzy pozwolili na to, by bohaterowie rozwinęli się, ale również aktorów - Matt i Em są świetni! Według eM to oni mogliby być głównymi bohaterami serialu. Dzięki temu wszystko byłoby lepsze. 

Nie można zapomnieć jednak o najlepszym przyjacielu Clary. W serialu Simon pokazuje, że sam w sobie potrafi sobie poradzić bez pomocy rudej koleżanki. No chyba, że zostanie porwany, ale to pomińmy. 

To jest ten moment, w którym eM powinna napisać o Magnusie. Powie krótko - jest w porządku. I to miłe, że twórcy postanowili wybrać kogoś, kto nie tylko wygląda, ale też potrafi grać. W pierwszym sezonie Magnusa było mało, ale eM coś czuje, że to dlatego, że kiedy będzie go więcej, to po prostu ukradnie całe show. 

Jeżeli chodzi o Clary, eM nie wie co napisać. Spotkała się już z opiniami, które twierdzą, że Kat jest bardzo sztuczna i irytuje, ale dla eM to właśnie to powoduje, że widzi w niej Clary. To brzmi bardzo dziwnie, ale tak jest. Za to największym rozczarowaniem jest Jace. Może i wygląda, ale zamiast rzucać sarkastyczne teksty na prawo i lewo, zakłada ręce. Serio. Policzcie sobie. eM próbowała, ale poległa.

Dobrze oddane są też relacje między bohaterami i to nie tylko tymi znajdującymi się na pierwszym planie, ale również z pozostałymi. Ekipa ma swoje problemy, ale powoli staje się coraz bardziej zgrana. W szczególności eM jest mile zaskoczona tym jak sportretowano relacje między całą rodzinę Lightwoodów (no dobra, niech Jace też się tam zalicza) oraz przyjaźń Clary i Simona. 

Po Nocnych Łowcach eM spodziewałaby się trochę więcej...
A teraz czas na naprawdę marudzenie - marudzenie. 

Jak na serial, który ma opowiadać o ludziach walczących z różnego rodzaju demonami (w nocy! w cieniu!) to jest tam zdecydowanie za jasno. I za kolorowo. Chwilę zajęło, zanim eM się do tego przyzwyczaiła (a raczej zrozumiała, że ma tak być i że jej komputer wcale nie ma problemów z kartą graficzną). 

Ważnym elementem serialu z fantastycznymi istotami (Newt, idź sobie, to nie są Twoje zwierzątka!), są efekty specjalne. Tutaj? Może i tragedii nie ma, może i to tworzy jakąś całość, ale eM nie wybaczy twórcom tego, jak wyglądają portale. Serio. Szczególnie 

No i miecze serafickie, które może i wyglądają nieźle (chociaż trochę jak miecze świetlne), to eM zupełnie nie rozumie logiki ich przechowywania. 
Nie widać żeby ktokolwiek miał miecz (albo żeby Alec miał łuk) - pojawiają się demony - nagle wszyscy wyciągają miecze - kończy się walka - chowają miecze do tylnej kieszeni spodni. 
Sami sprawdźcie, Jace tak robi!

Przed rozpoczęciem serialu, eM szykowała foldery i listy na których umieściłaby muzykę z Shadowhunters. Niestety, tutaj też coś nie wyszło. Zamiast klimatu, muzyka czasami wręcz przeszkadza. Po za tym eM liczyła na coś bardziej w stylu soundtracku Pamiętników Wampirów, a nie klubu. 

Simon ma wszystko na oku, eM ma nadzieję, że dalej będzie lepiej

Spytacie się może, dlaczego więć eM tak mocno czeka na drugi sezon? 
Bo mimo wszystko, w Shadowhunters było coś, co nie pozwoliło jej od nich odejść. Może to masochizm, może chęć przyjrzenia się ekranizacji serii, którą darzy naprawdę dużym sentymentem. Może to ładni panowie w sam raz do zaklepania? 

A może to po prostu nadzieja, że teraz to może być już tylko lepiej. 
Szczególnie, że najnowsze zapowiedzi i wywiady z aktorami i twórcami wskazują na to, że sami zauważyli, że coś było nie tak i postanowili część z tych rzeczy zmienić. (eM już kupuje sam wygląd serafickich mieczy)

Może i nie jest to coś, czego eM by się spodziewała, ale za guilty guilty pleasure Shadowhunters mogą robić. 

Czasami to właśnie takie seriale wybijają się w kolejnych sezonach. 
Niech to będzie ten przypadek. 

Cały serial w jednym obrazku
Tutaj możecie przeczytać o pierwszych wrażeniach z PIERWSZEGO i DRUGIEGO odcinka Shadowhunters. 

Dawno, dawno temu dwie blogerki eM i Gosiarella stworzyły coś, o czym nikomu nigdy się nie śniło. Twór ten otrzymał nazwę Why so seriou...


Dawno, dawno temu dwie blogerki eM i Gosiarella stworzyły coś, o czym nikomu nigdy się nie śniło. Twór ten otrzymał nazwę Why so serious?! i przez pewien czas stanowił źródło bardzo specyficznego humoru. Niestety, ze względu na losowe sytuacje (*kaszel*sesję*kaszel) blogerki nie mogły dalej się nim zajmować. 
Jednak nic w blogosferze nie ginie, dlatego przed Wami druga część historii, której początek możecie przeczytać na najbardziej różowym blogu z zombiakami

Przygotowanie do czytania to podstawa!
Stefan potwierdza.

Wiecie jak to jest, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem i wydaje się, że macie wszystko pod kontrolą, bo jesteście przygotowani na każdą ewentualność, po czym nagle okazuje się (w najmniej odpowiednim momencie), że jednak tak nie jest?

Chociaż eM i Gosiarella prowadzą szczegółowe badania na temat Jak Nie Ratować Świata, Poradnik ¾ bohaterek Young Adult i Fantastyki, chociaż Typowe Zachowania Tych Złych są monitorowane, a raporty tworzone co tydzień (nie ma sensu tworzenia ich częściej, bo często mają podobne pomysły, trzeba ich tylko obserwować), komuś udało się wedrzeć do serca Zamku w którym znajduje się główne centrum dowodzenia eM i Gosiarelli ds. blogowych i zaklepańcowych. To tam dzieje się cała magia blogowania (no chyba, że eM ma sesje, a Gosiarella idzie z kimś walczyć) i zaklepywania przystojniaków. A teraz w tej najpilniej strzeżonej twierdzy świata, wyje przeraźliwy alarm, który skutecznie zabił świąteczny nastrój organizatorek przyjęcia. Pocieszająca była tylko jedna myśl: dzięki automatycznej blokadzie wszelkich wyjść, intruz nie zdołał wydostać się z budynku. Teraz wystarczyło tylko go zlokalizować i zlikwidować.  

Jednak wszystko po kolei, pierwsze rzeczy pierwsze. Zgodnie z procedurą, eM  razem z Gosiarellą musiały pozostawić w pewnym bezpiecznym miejscu w Zamkuu wszystkich Zaklepańców, a następnie spróbować bez uszczerbku na zdrowiu (suknie balowe naprawdę nie są idealnym strojem do biegania!) przemieścić się do miejsca, skąd dochodził alarm.
Krótko mówiąc, nie było łatwo.

Damon prezentuje co w pierwszym momencie czuły blogerki, kiedy usłyszały alarm.

To co zobaczyły blogerki, wchodząc do Centrum Dowodzenia przebiło ich najczarniejsze scenariusze. Kartki latały wszędzie. Wszystko wywrócone do góry nogami. Teczki z informacjami o Zaklepańcach zniszczone, plany podbicia Świata i Blogosfery (niekoniecznie w tej kolejności) zwisają nadpalone, a najważniejsza w Centrum tablica monitorująca jedną z najgorszych rzeczy na świecie, czyli statystyki blogowe została rozbita w drobny mak (rada na przyszłość: jeżeli coś jest rozbite w drobny mak, to nie próbujcie tego dotykać, dobrze?).
Jednak nie to było najgorsze. Widok pustej półki, na której zazwyczaj (wiecie, eM ma słabą pamięć i czasami jej wena gubiła się w akcji) znajdowały się weny eM i Gosiarelli prawie przyprawiła je o zawał. No dobra, przynajmniej eM, Gosiarella się wypierała, ale eM wie swoje.

Myślicie, że to koniec? Co to, to nie.
Po tym, jak blogerkom udało się otrząsnąć z szoku, wyłączyć ten irytujący alarm oraz znaleźć swoją broń (Gosiarella od razu znalazła swoje widły, chyba ktoś się ich bał, natomiast minęło kilka minut, zanim eM znalazła patelnię, którą ze względu na szok uznała za zwykły sprzęt kuchenny), zaczęły szukać narzędzi, które pomogłyby im dowiedzieć się, kto stoi za atakiem. I gdzie też się podziewa w tym momencie.

Jace próbował łagodzić sytuację, ale coś mu chyba nie wyszło.

Nie musiały długo czekać, wystarczyło jedno spojrzenie na komputer monitorujący Zamek i już wiedziały, gdzie powinny zacząć swoje śledztwo. Ktoś wypuścił wszystkie zombie z lochów. Zasadniczo to byłoby mądrym posunięciem, by rozpętać jeszcze większy chaos, jednak osoba odpowiedzialna za to rażące naruszenie protokołów bezpieczeństwa, kradzież i zniszczenia, popełniła właśnie największy błąd! Najpewniej nie miała bladego pojęcia, że Gosiarella w swoim laboratorium nie tylko prowadziła badania, by lepiej poznać wroga, ale także próbowała je wytresować. W końcu największy Zombie Hunter świata powinien mieć w zanadrzu kilka sztuczek! Zombie uwięzione w Zamku były nauczone, że dźganie widłami bardzo boli i lepiej atakować ludzi, którzy ich nie mają w swoich rękach. Tym sposobem horda żywych trupów biegała korytarzami i pilnowała, by nie mógł nimi spacerować nikt poza przerażającą Gosiarellą i towarzyszącą jej eM. Było to jednoznaczne z tym, że podły intruz został uwięziony w pomieszczeniach znajdujących się w tym korytarzu.

Blogerkom znającym każdy zakamarek ZAMKu nie potrzeba było więcej informacji.
Skoro ktoś wiedział o istnieniu ich kryjówki, i jej rozkładzie, Centrum Dowodzenia i lochach z zombiakami a na moment ataku wybrał coroczną imprezę w której uczestniczy mnóstwo osób (z Zaklepańcami na czele!), to osoba ta musiała znać eM i Gosiarellę bardzo dobrze.
Dodatkowo, jednym z pomieszczeń znajdujących się we wcześniej wspomnianym korytarzu był schron dla Zaklepańców. Przy okazji, czy wiecie, że jak na bycie wampirami, wilkołakami, królami, wojownikami i w ogóle naprawdę silnymi chłopami, to Zaklepańcy są beznadziejni jeżeli chodzi o przeprowadzanie akcji? Dopiero, kiedy po rozstawia się ich po kątach i da każdemu inne zadanie nie wymagające współpracy z innym zaklepańcem, da się coś od nich wyegzekwować.
Wracając do akcji: eM z Gosiarellą wiedziały, gdzie uda się osoba, która zepsuła im najlepszy wieczór w czasie roku. Tam, gdzie wszystkie osoby znające te blogerki udałyby się.
Do Zaklepańców.

Zakłopotane blogerki szybko przyłożyły swe dłonie na czytniki linii papilarnych otwierające drzwi schronu. Wniosek był jeden: włamywacz musiał ściągnąć ich odciski, czyli choć przez chwilę być tak blisko nich, by podwędzić coś, czego dotykały! Ta przerażająca wizja doprowadziła Gosiarellę do ubolewania nad tym, że nie prowadziła skanera siatki. Zaś eM odczuła ulgę z tego samego powodu, ponieważ w jej głowie powstała nieciekawe przeczucie, że gdyby to zrobiły, musiałaby teraz chodzić w pirackiej przepasce na oko. Niemniej to nie była odpowiednia pora na myśleniu co by było gdyby. Teraz obie mocniej ścisnęły w rękach swoją broń i przekroczyły próg schronu. Nie mogły być pewne tego, co tam odkryją.

Tym razem Katherine zdecydowała się zobrazować to co się zdarzyło. 

Rzeczywistość okazała się zarówno mniej, jak i bardziej dziwna od podejrzeń, które miały. Od pierwszej chwili było wiadome, kto jest sprawcą całego zamieszania - w końcu wśród Zaklepańców nie było kobiet, a tam w rogu pomieszczenia siedziała dziewczyna kołysząca się w przód i w tył, jak w zespole sierocym. Ubranie miała poszarpane i delikatnie pokrwawione, przez co Gosiarella uśmiechnęła się i obiecała w duchu dać dzielnym zombiaczkom sowitą kolację w nagrodę.

W czasie, kiedy Gosiarella planowała już w myślach w jaki sposób zaciągnie eM na kolejną misję mającą na celu zdobycie nowe zapasy jedzenia dla zombiaków, Królowa Zaklepańców powoli zaczynała tracić cierpliwość. Chciała się dowiedzieć czemu ta dziewczyna śmiała zepsuć najlepszą imprezę po tej stronie blogosfery. I w jaki sposób udało jej się to zrobić, skoro zabezpieczenia w momencie, kiedy wszyscy Zaklepańcy są w ZAMKu są ustawione na najwyższym poziomie.
Dlatego wystarczył tylko jeden ruch głowy eM, a obok niej pojawił się gotowy do pomocy ten, na którego zawsze można liczyć - Elijah Mikaelson. W momencie, kiedy dziewczyna go zobaczyła, przestała się kołysać, a jej szczęka opadła. eM i Gosiarella spojrzały na siebie kiwając głowami- Elijah ma taki efekt na ludzi. Jednak, żeby mieć pewność, że nic nie zostanie bez wyjaśnienia, Oryginalny użył swoich zdolności do wyciągania informacji.

Ku zdziwieniu blogerek (większemu Gosiarelli niż eM, eM będzie wypominała to Gosiarelli jeszcze długo), dziewczyna okazała się Różową Sałatą, która postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i dopilnować, aby specjalne wydanie Why So Serious ujrzało światło dzienne. No i przy okazji spróbować swojego szczęścia i poznać któregoś z Zaklepańców. To, że trafiła do Centrum Dowodzenia było całkowitym przypadkiem (chociaż Gosiarella miała chyba co do tego wątpliwości, bo zaczęła niebezpiecznie bawić się widłami, a eM zaczęła panikować, że te świetne zabezpieczenia jednak takie świetne nie są), bałagan był spowodowany tym, że szukała miejsca, w którym blogerki mogły ukryć swój tekst (w tym momencie eM i Gosiarella przypomniały sobie o jedynym wielkim bałaganie tam panującym), a tablicę rozbiła przypadkiem, bo była szklana i jej nie zauważyła.

Myśleliście, że eM odpuści możliwość wstawienia Elijah?  
Pf! NIGDY!

Pozostawał jedynie problem skradzionej weny. Gosiarella z natury bardziej podejrzliwa od eM, zaczęła podejrzewać, że ta biedna, zdesperowana dziewczyna jest jedynie przykrywką dla grubszej akcji zaprojektowanej przez konkurencyjnego blogera cierpiącego na chroniczny brak weny i genialnych pomysłów. eM nie była co do tego przekonana, jednak z westchnieniem podążyła za upartą Różową Blogerką, pozostawiając intruza pod czujnym spojrzeniem Elijah (w normalnych okolicznościach dziewczyna pewnie byłaby tym faktem zachwycona, ale nie tym razem!). Pomimo wielokrotnego przeszukiwania korytarzy i kolejnych pomieszczeń, nie udało się namierzyć żadnej podejrzanej osoby. Gosiarella już prawie miała się przyznać do błędu (na co eM czekała od dawna), gdy eM znalazła zaginione weny w kącie pilnowanym przez mózgożerną armię. Po dokładnym przeliczeniu żywych trupów okazało się, że jest o jednego nadprogramowego zombiaka. Przypadek? Zdecydowanie nie! Można by to uznać za pozytywne zakończenie całej tej historii (w końcu zombiaki nie są popularnym towarem i trudno znaleźć je w korzystnej cenie, a zmienianie ludzi w żywe trupy wydaje się zbyt bestialskie), chociaż szkoda, że prawda mogła już nigdy nie wyjść na jaw. Może pomogłoby przesłuchanie schwytanej dziewczyny ze Schronu Zaklepańców, jednak eM w ramach świąt nie zgodziła się na tortury.

Simon chciał się przyznać, że to jednak jego sprawka, ale i tak mu nikt nie uwierzył. 


Przez całą tą świąteczną atmosferę, eM wymogła również ułaskawienie. Gosiarella odrobinę kręciła nosem na to całe nie wyciąganie żadnych konsekwencji (nowa głowa wbita na pal w sali tronowej jest zwykłym zbiegiem okoliczności), ale zgodziła się nawet wraz z eM spełnić prośbę dziewczyny i w końcu opublikują świąteczne Why so serious.

A tak na serio, to opublikowały je, bo muszę jeszcze popracować nad zabezpieczeniami, a nie mogą tego robić, kiedy istnieje szansa, że ktoś się znowu włamie. I znowu będzie trzeba poprawiać zabezpieczenia. I znowu trzeba będzie zaprowadzić zombiaki do lochów (naprawdę, to nie jest przyjemne!). I spędzić kilka dni na uspokajaniu Zaklepańców, którzy przerazili się, że mogą zostać odklepani.

Ale jak widzicie, udało się!
eM i Gosiarella pokazały po raz kolejny, czym są ich połączone moce wobec nieprzewidzianych, niesprzyjających okoliczności. Pozostaje tylko posprzątanie tego całego bałaganu.
Ale wiecie, od czego ma się tych Zaklepańców?

PS. Przy pisaniu tego tekstu nie ucierpiało żadne zombie ani jego pożywienie.

I jak się podobało? Chcielibyście kiedyś przeczytać coś jeszcze o przygodach eM i Gosiarelli?

Alternatywny tytułu tego postu: Książki, które kojarzą się eM ze świętami. eM nie wie jak to u Was wygląda, ale oprócz jedzenia i sp...


Alternatywny tytułu tego postu: Książki, które kojarzą się eM ze świętami.

eM nie wie jak to u Was wygląda, ale oprócz jedzenia i spędzania czasu z rodziną (chociaż chyba i tak to wszystko na jedno wychodzi), Święta, szczególnie te Bożego Narodzenia, kojarzą się eM z czasem, kiedy można nadrobić swoje czytelnicze statystki. 

A kiedy jeszcze za oknem biało i zimno (czy ktoś może oświecić eM jaka jest prognoza na te Święta? Biało chyba nie będzie, a co z zimnem?) i nie chce się wychylać nawet nosa spoza domu, najlepsze co wtedy można zrobić, to zawinąć się w kocyk i poczytać. 

eM po analizie swoich świątecznych lektur z kilku ostatnich lat, stwierdziła, że widzi w swoich wyborach pewną prawidłowość. I stwierdziła, że się z Wami nią podzieli, bo nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek się zawiodła.
Chyba, że to ten świąteczny klimat na nią działa tak pozytywnie.
Albo po prostu ma bardzo duże szczęście. 


A to właśnie plany eM na Święta.
Studnia wstąpienia już się czyta.
Więcej ładnych zdjęć na instagramie

Grube książki

eM nie wie jak Wy, ale ostatnio, najczęstszym miejscem w którym ma czas i ochotę czytać jest komunikacja miejska (no chyba, że jest problem z miejscem, to wtedy nawet czas i ochota nie pomogą w czytaniu). Co za tym idzie, kiedy eM wybiera książkę w wersji papierowej do spakowania na podróż, często oprócz chęci przeczytania, kieruje się również jej gabarytami.
Oczywiście, że ten problem można rozwiązać książką w wersji elektronicznej, ale jak już się kupiło cegłę, to chciałoby się nią nacieszyć, prawda?

Dlatego eM zostawia sobie książki, które mogłyby spowodować kontuzję jej ramienia (lub ręki) na czas, kiedy nie musi się z nimi przemieszczać.
W przypadku eM, grube książki na półce oznaczają, że czeka na nią historia w której cały czas coś się dzieje. I czego tu nie lubić?

Klasyka

W przypadku klasyki ważny jest czas.
Oczywiście, są książki, które mają swoje zaszczytne miejsce na liście książek, które trzeba przeczytać, i nie są wcale takie straszne, ale wiecie, zawsze warto spróbować zabezpieczyć sobie odpowiednią ilość czasu.

Klasyka w przypadku utworów autorów, którzy już dawno przeminęli, przypomina eM o tym, jak to kiedyś było. Co było uważane za ważne, jak zachowywali się ludzie, co nimi motywowało.

Szczególnie na ten okres, eM poleca Przeminęło z wiatrem, książki sióstr Bronte, czy Jane Austen. 

Prezenty spod choinki

Kiedy eM dostaje książkę pod choinkę (co wcale nie dzieje się aż tak często wbrew powszechnemu przekonaniu) istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że pochodzi ona z listy książek, którą eM rozpowszechnia, dlatego bywa tak, że książka od razu po odpakowaniu trafia na pierwsze miejsce stosu książek do przeczytania.

Ale książki których się nie spodziewamy też mogą być wspaniałą lekturą, która pozwoli na odkrycie czegoś, czegoś nigdy sami byśmy nie wybrali. A po przeczytaniu może się okazać, że zostaliśmy fanami zupełnie nowej serii. Po za tym hej, przecież ktoś (Mikołaj oczywiście!) kto wybrał dany tytuł dla nas, chyba kierował się naszym gustem, a nie tylko chęcią pożyczenia danej pozycji i przeczytania jej osobiście, prawda?

Oczywiście, zawsze można zaliczyć wszystkie te trzy punkty jedną książką, kiedy dostanie się pod choinkę grubą książkę, którą można nazwać klasyką.
eM jest ciekawa, jakie Wy macie spostrzeżenia dotyczące czytania książek w czasie Świąt.
Macie jakieś konkretne tytuły, które są na waszej tegorocznej liście?
A może wracacie do starych, sprawdzonych tytułów?
Koniecznie dajcie znać.

A teraz eM życzy Wam wszystkim NAPRAWDĘ Wesołych Świąt. 
Zapomnijcie o zmartwieniach, najedzcie się, spędźcie miło czas z rodziną.
Przeczytajcie coś? 

Po tym jak scenariusz Przeklętego Dziecka okazał się jednym wielkim nieporozumieniem, które  nie ma prawie nic wspólnego z klimatem św...


Po tym jak scenariusz Przeklętego Dziecka okazał się jednym wielkim nieporozumieniem, które  nie ma prawie nic wspólnego z klimatem świata Harry'ego Pottera, eM starała się nie nastawiać w jakikolwiek sposób do kolejnego w tym roku powrotu do świata magii stworzonego przez J.K. Rowling. 

Całe szczęście, nie było się czym martwić. 
Może i eM nie oszalała na punkcie tego filmu, ale Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć są historią na którą Potteromaniacy czekali. 

Zacznijmy od tego, że tym razem naprawdę można poczuć, że to Rowling maczała palce w tworzeniu tego filmu. W pewnym momencie eM nawet ochrzaniła się w duchu za to, że nie przeczytała najpierw książki, po czym dopiero po chwili zorientowała się, że takowa nie istnieje.

To znaczy istnieje wydany scenariusz (PIĘKNIE wydany scenariusz, eM trzyma kciuki, żeby polska wersja była równie piękna!), ale wiecie, to nie to samo.
Po za tym eM nie podchodzi do scenariuszy ze świata Pottera bliżej niż na odległość kija. A przynajmniej na razie.

Trauma po Przeklętym Dziecku pozostała. 

Spokojnie Newt,tym razem nie trzeba pić, żeby wciągnąć się w historię. 

Fantastyczne Zwierzęta próbowały przekonać do siebie eM jeszcze zanim znalazły się w kinie. Bo kiedy eM widzi:
  • świat, który zna i kocha, 
  • rozbudowanie go, dzięki nowym, STARSZYM bohaterom,
  • Nowy Jork w magicznej wersji, 
  • 1926 rok. 
to eM jest kupiona. 
A wtedy musi bardzo uważać na swoje serduszko, żeby nie zostało szybko złamane przez twórców lub ludzi zajmujących się promocją, którzy nie znają słowa SPOILER. 

Tym razem serce eM jest całe i nadal zachwycone. 
Może i nie był to najlepszy film w tym roku, może i ma swoje problemy (po co używać różdżki skoro można biegać?), ale to co można było zobaczyć wystarczyło, żeby naprawdę czekać na kolejną część. A raczej części, bo miała być trylogia, a chodzą słuchy, że będzie z tego coś więcej. 
eM nie ma zamiaru na to narzekać. 

Ale co z historią, zapytacie się? 

Myślicie, że wszystkie najlepsze sceny zostały już pokazane w zwiastunach i nic Was nie zaskoczy?
Ha! I tu się mylicie.

Uśmiech dla Newta? Zawsze! 
Oczywiście podstawę stanowi to, czego od początku mogliście się spodziewać.
Czyli przeuroczego Newta, który biega po Nowy Jorku, bo musi złapać swoje zwierzątka (bo tak mu przez przypadek, no wiecie. Uciekły. Każdemu może się to zdarzyć!) przy okazji zaprzyjaźniając się z ciekawymi ludźmi, wspólnie przeżywając przygody i zabawne sytuacje.
Gdyby Fantastyczne Zwierzęta opierały się jedynie na tej historii, to mielibyśmy przeuroczą bajkę.

Jest jeszcze druga, mroczniejsza strona o której lepiej w tym momencie nie opowiadać.
Czemu? Jeżeli jeszcze nie oglądaliście filmu (jeżeli jesteście fanami Pottera, to czemu tak się stało?), lepiej będzie, jeżeli sami ją odkryjecie.

Musicie być gotowi na poznanie innego podejścia do magicznego świata.
Zarazem jednak, pamiętajcie nauki Szaloonokiego Moody'ego (STAŁA CZUJNOŚĆ!) i wypatrujcie do nawiązań do wydarzeń, które dopiero będę miały miejsce.

eM ma nadzieję, że rozumiecie o co chodzi.
I w tym przypadku jest już mroczniej. Straszniej. Można nawet napisać, że trochę niebezpiecznie.


Prawdziwa gwiazda Fantastycznych Zwierząt z jakimś podglądającym go facetem.
 
I lepiej się nie pytajcie, którego z bohaterów eM polubiła najbardziej, bo nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. 
Oczywiście, na niewielkie prowadzenie wysuwa się Newt, który jest przeuroczy, prze kochany i niech tylko ktoś mu (albo jego zwierzakom) spróbuje zrobić krzywdę, to będzie miał do czynienia z eM. 

Ale jeżeli spróbujecie tknąć Kowalskiego, Tinę czy Queenie, to też nic dobrego Was nie spotka. 
eM już dawno nie oglądała tak cudownej ekipy na ekranie kina! 

Wspaniale prezentowała się również część bohaterów niezwiązana tak mocno z Newtem. eM była pod wrażeniem postaci Percivala (wink wink) Gravesa, bo zazwyczaj kiedy widzi na ekranie Colina Farrela kręci nosem. 

Dla eM jednak, równie ważne były tytułowe Fantastyczne Zwierzęta, które zostały tak pięknie przedstawione, że eM musiała sobie przypominać, że niestety, nie są prawdziwe. Każde z nich jest wyjątkowe, ale coś je tak naprawdę łączy (oprócz tego, że żyją w walizce Newta). Wszystkie są mądre na swój sposób. I żadne z nich z własnej woli nie chce nikomu zrobić krzywdy, one po prostu nie rozumieją pewnych zachowań. 

Chociaż gdyby były to dajcie eM Niuchacza, wiecie, już grudzień jest. 

Co innego ludzie. 

Istnieje prawdopodobieństwo, że eM tak  właśnie wygląda, kiedy zajmuje się Zaklepańcami. 

Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć, mogą się wydawać zwykłą historią ze świata Harry'ego Pottera. Skokiem na kasę po kilku latach ciszy. Tak nie jest. 

Chociaż część filmu wydaje się bajkowa, to zobaczycie tam też świat pełen uprzedzeń, gdzie człowiek potrafi ranić innych tylko ze względu na swoje poglądy. 
A jeżeli zastanawiacie się, dlaczego to Newt i jego zwierzyniec zostali wybrani na kolejnych bohaterów Rowling, to prostu obejrzyjcie ten film. Wtedy zaczniecie rozumieć Magizoologa dlaczego tyle czasu poświęca swoim podopiecznym. Zrozumiecie, że bardzo często zwierzęta są o wiele lepsze od ludzi. 


Z innych informacji: no dobrze, jeżeli nie Niuchacza, to eM z chęcią przygarnie walizkę Newta. Czy wy też czujecie ten potencjał na gromadzenie tam książek? 

eM ma malutki problem, jeżeli chodzi o ocenę piątej części Szklanego Tronu . No bo jak może go nie mieć, kiedy zdążyła się przyzwycz...




eM ma malutki problem, jeżeli chodzi o ocenę piątej części Szklanego Tronu.
No bo jak może go nie mieć, kiedy zdążyła się przyzwyczaić do dobrego (to znaczy od momentu, kiedy znalazła to dobre, czyli w końcówce Korony w Mroku), znaczy do porywającej od pierwszej strony akcji, która wciąga tak, że lekturę rozplanowaną na kilka dni kończycie w kilka godzin. 

Sarah J. Maas znowu stworzyła niezłą cegłę. Jednak tym razem trochę to trwało zanim eM udało się wkręcić w historię tak jak to było w przypadku poprzednich części. Jaki był tego powód? To mogła być kwestia tego, że nasi bohaterowie znaleźli się w takim miejscu historii z którego musieli jednak zawrócić, a poób wrót ten był... 
Na pewno opóźnił akcję. 

Wiecie jak trudno jest pisać o książce nie spoilerując? Szczególnie o szóstej części? eM domaga się zrozumienia! 

Całe szczęście, jak już historia zaczęła się kręcić, to wszystko wróciło na swoje stare tory przygodowe (oczywiście nie licząc pierwszej części). 

I tak w ogóle, to przygotujcie się na to, że w Empire of Storms brakuje jednej z narracji, które występowały w poprzednich częściach. 
Czy eM było smutno z tego powodu? Nie. 
Czy części osób może być przykro? Jak najbardziej.
Ale bądźcie spokojni, ta postać dostanie własną książkę, więc wiecie, to wcale nie takie straszne, prawda?

Ważna informacja: tym razem naprawdę musicie przeczytać zbiór opowiadań przed rozpoczęciem lektury Empire of Storms. Pojawiają się wątki, pojawiają się bohaterowie, których możecie nie kojarzyć i jeżeli posłuchacie się eM, to będzie dużo mniej zdezorientowani odnoście tego kto jest kim.

A to ważne, bo widać, że Sarah rozstawia swoich bohaterów tak, aby byli gotowi na ostateczną rozgrywkę w szóstej części. Po skończeniu lektury, eM czuła się jakby widziała szachownice na której wszyscy bohaterowie są już rozstawieni. I już czekają. Będzie się działo.
Szczególnie, że w końcu Aelin pokazała, że chociaż ma wiele problemów ze sobą i  budowaniem relacji z innymi bohaterami, to planować i łączyć wydarzenia w całość to ona potrafi. Szacun!

Inni bohaterowie też pokazują co potrafią. W piątej części zrobiła się niezła gromadka z nich, ale to dobrze. Taka różnorodność i prowadzenie kilku wątków może być trudne, ale Maas świetnie daje sobie z tym radę. I to w takim stopniu, że w pewnym momencie zaczynacie się bardziej interesować bohaterami z drugiego planu, niż tymi głównymi.

Z innych niezbyt spoilerowych informacji: mamy krótki powrót bohaterki, której nie widzieliśmy od czasów... trzeciej części? Świetne wykorzystanie jej możliwości (a raczej wątku) spowodowało, że eM prawie opluła czytnik ze śmiechu.

Czego nie brakuje w Empire of Storms?
Statków. Tych prawdziwych i tych, które są metaforami relacji między bohaterami.
Na tym polu dzieje się dużo. Czy dobrego? Musicie przekonać się sami.

Piąta część Szklanego Tronu to ten moment w którym coraz więcej zagadek z poprzednich części zostaje rozwiązane. I możecie wierzyć lub nie, eM nie spodziewała się takie obrotu spraw.

Mimo wszystko, eM nie może się doczekać kolejnej a zarazem ostatniej części tej historii. Zostało wiele pytań na które jeszcze nie znamy odpowiedzi.
I nie wiemy też, jaką autorką jest Maas, jeżeli chodzi o zakończenia. Czy pójdzie schematem? Czy weźmie przykład z Roth? Albo może zrobi zupełnie coś innego?
Jak myślicie? 

O książkach Leigh Bardugo eM słyszała bardzo dużo.  Dobrego oczywiście.  Zanim jeszcze pojawiło się polskie wydanie jej pierwszej...



O książkach Leigh Bardugo eM słyszała bardzo dużo. 
Dobrego oczywiście. 

Zanim jeszcze pojawiło się polskie wydanie jej pierwszej książki Cień i Kość z trylogii Grisza, książkosfera (no bo nie tylko blogosfera) zagraniczna rozpływała się nad historią, którą stworzyła, przekrzykując się między sobą tym kto lepiej wyrazi swój zachwyt. 

W pewnym momencie i eM postanowiła spróbować, ale chyba miała zbyt wysokie wymagania, bo po prostu nie poczuła tego co inni. Ba! Była wręcz rozczarowana. 

Dlatego eM przez długi czas podchodziła bardzo sceptycznie do jeszcze większych zachwytów, jakie słyszała na temat Szóstki Wron
Całe szczęście, postanowiła dać Leigh Bardugo drugą szansę. 

Gify wyrażają więcej niż 1000 słów.
Tym razem, eM utożsamiała się z Muzami z Herculesa.
I ma teraz okazje Was zmusić zachęcić do przeczytali jednej z najlepszych książek, które eM miała okazję przeczytać w tym roku. 

Szóstka Wron dzieje się w świecie poznanym przez część z Was już we wcześniejszych książkach Leigh Bardugo.
Dobra wiadomość jest taka, że eM prawie nic nie pamięta z pierwszego tomu, który czytała dawno dawno temu i nie przeszkodziło jej to zakochać się w tej nowej historii. Także proszę nie marudzić, że się nie można!

No dobra, w Szóstce Wron wspominani są bohaterowie czy wydarzenia z trylogii Griszy, więc jeżeli jeszcze nie skończyliście tej historii, albo macie ją w planach na najbliższy czas i nie lubicie spoilerów, to wstrzymajcie się z Wronami. 

Pomysł na historię jest prosty.
Weźmy zbieraninę mniej lub bardziej przypadkowych osób (biorąc pod uwagę ich wiek, eM skusiłaby się na nazwanie ich nawet dzieciakami) i postawmy przed nimi zadania, które teoretycznie jest niewykonalne (czytajcie: włamania się do najbardziej strzeżonego miejsca na świecie i porwania z niego więźnia, który może zmienić losy świata).

I możecie wierzyć lub nie, bohaterowie bardzo szybko zabierają się do roboty. Czytając Szóstkę Wron eM czuła się jakby była na przejażdżce kolejką górską. Cały czas coś siedziało, strony przewracały się w zastraszającym tempie, a jedyną myślą eM w międzyczasie było to, żeby w pewnym momencie historia jej nie zawiodła. 

Tak się nie stało. Na dowód tego, eM może napisać, że zaraz po jej zakończeniu zaopatrzyła się w drugą część, Crooked Kingdom, i właśnie ją czyta i nie chce jej skończyć. Ale dzisiaj to nie o tym mowa. 

Szóstka Wron zapewniła eM wszystko to, czego można się spodziewać po przyzwoitej przygodowej fantastyce. Dużo wydarzeń, szybka akcja, spiski, knucie, humor i wspaniali bohaterowie. 

Jak można się domyśleć, mamy ich szóstkę. I każdy z nich ma własną perspektywę (narracja mimo wszystko trzecioosobowa, ale ciiiii!). 

Kaz, Inej, Nina, Matthias, Wylan i Jesper.
Zazwyczaj w takich przypadkach eM ma swoich ulubieńców, a resztę perspektyw szybko kartkuje, żeby szybciej dotrzeć do perspektywy na którą czeka. 
Tym razem eM kocha ich wszystkich. 

Trudno byłoby jej wybrać jednego bohatera, bo każdy z nich jest inny, pochodzą z różnych miejsc. Ich historie dotarcia do miejsca w którym się znajdują, bardzo się różnią. Jednak autorka nie wyróżnia żadnego z nich. Każdemu daje tyle samo miejsca na opowiedzenie o sobie co powoduje, że można się poczuć związanym z nimi. Dowiedzieć się czemu zachowują się tak a nie inaczej, co ich motywuje. 
Każdy z nich jest tak samo ważny, każdy tworzy część zespołu. Bez jednego elementu układanki wszystko mogłoby się posypać. 

Jedyne do czego można się przyczepić, to ich wiek, bo eM mając 24 lata nie jest pewna czy udałoby się jej zrobić to co im wszystkim, którzy mają około 18 lat, ale okej, target wiekowy musi się zgadzać. 

A teraz to, czego można się obawiać w takiej książce: wątek miłosny. 

I tu również eM musi Was uspokoić, takowy wątek jest, ale tak jakby go nie było. 
Są relacje, które można shippować, ale wszystko wplecione jest tak ładnie, że nie przeszkadza w czytaniu. Delikatne nawiązania, zdania, które powodują, że zaczynacie się zastanawiać czy to Wy, czy coś jest na rzeczy. 
Aż zaczynacie nucić to, co śpiewały Muzy: 


Szóstka Wron to wciągająca lektura od której trudno jest się oderwać. Dużo się dzieje, jest humor, są wspaniale opisani bohaterowie i ciekawe relacje między nimi. No i świat w którym dzieje się to wszystko i zasady w nim panujące. 
Możecie spróbować wymyślić w jaki sposób potoczy się akcja, ale uwierzcie eM, lepiej jest dać się zaskoczyć. 

Jedyny minus? 
Od razu chcecie przeczytać drugą część. 
A na polską wersję Crooked Kingdom musicie poczekać do marca. 
Weźcie to pod uwagę! 

A dla tych co już przeczytali to cudo: dobra, to kogo kochacie troszeczkę bardziej niż resztę? 
(Bo eM zaklepała Kaza. Tak tylko żebyście pamiętali)

eM nie chodzi zbyt często do kina.  Powodów jest kilka. Zaczynając od braku towarzystwa (bo wszyscy zapracowani- łącznie z eM...




eM nie chodzi zbyt często do kina. 

Powodów jest kilka. Zaczynając od braku towarzystwa (bo wszyscy zapracowani- łącznie z eM, a pieniądze wydane na bilet weekendowy lepiej się przydadzą, kiedy zostaną wydane na coś innego. Na przykład na książkę), poprzez brak towarzystwa (bo najbliżsi znajomi eM nie dają się wyciągnąć ani na filmy Marvela, ani DC ani nawet na Star Warsy) kończąc na braku zainteresowania filmami (lub zapominaniem o ich istnieniu)

Dlatego wierzcie eM, że to cud, że udało jej się pójść, w trakcie pobytu w Krakowie na Targach Książki, (razem z Nicole i Adą) na Doctora Strange'a

Od filmów Marvela nie wymaga się dużo - mają zapewniać kawał dobrej rozrywki. 
eM wymaga jedynie wciągającej historii o ratowaniu świata, ładnych obrazków (i bohaterów) a wszystko to okraszone ogromną dozą humoru. 
Niewiele, a jednak tak wiele, bo ostatnie filmy Marvela wcale takie fajne nie były. 

Całe szczęście, Doctor Strange należy do tych, którym się udało sprostać oczekiwaniom. 
eM bawiła się znakomicie na seansie i to nie tylko dlatego, że miała wspaniałe towarzystwo z który mogła komentować to co się dzieje na ekranie. 

Po pierwsze ten film jest przyjemny dla oka. 

I nie, eM nie chodzi jedynie o to, że Benedict i Mads wyglądają w tym filmie przecudownie ( i eM chciałaby pogratulować osobiście osobom za to odpowiedzialnym). 
Stylówa się zgadza (no dobrze, wszyscy wyglądają naprawdę wspaniale), ale to nie wszystko. I wcale nie najważniejsze. 

Nie, on nie chce Was przytulić.
Zaufajcie eM!
  
eM nie pamięta już, kiedy tak bardzo podobało jej się to co widziała w tle. 
Tutaj jest ten moment w którym należy Wam przypomnieć, że eM jest wyczulona na sztuczność zielonego lub niebieskiego ekranu. 
Podczas kręcenia Doctora Strange te kawałki materiału musiały zostać użyte, nie ma innej opcji, ale ludzie, którzy tworzyli to co mamy możliwość zobaczenia na ekranach odwalili kawał dobrej roboty. 
Dlaczego?
Nie zdradzając zbyt wiele, macie szanse zobaczyć świat z perspektywy przejażdżki podrasowaną kolejką górską. Kiedy po raz pierwszy eM zobaczyła te ujęcia wyrwał się jej jedynie słuszny komentarz: wow

Historia jest całkiem prosta. 
W skrócie i bez spoilerów: mamy tego złego, który kiedyś był dobry ale bycie dobrym przestało mu się podobać więc odwrócił się od swoich dobrych współtowarzyszy. 
Chyba zgadniecie co było dalej. 
Dodajcie do tego interesujący system... Magiczny? Chyba tak to można nazwać. 
No i korzystanie ze swoich zdolności za pomocą kombinacji ruchów, którą nie powstydziłby się choreograf teledysku do Macareny. 

A teraz nadszedł na ten moment w tekście, w którym eM zachwyca się dobrem aktorów do ról i ich charakteryzacji. Dodatkowo, eM pewnie w tym momencie wspomni o tym, że wybór tak rozpoznawalnych aktorów spowodował, że cały czas miała wrażenie, że ogląda Sherlocka walczącego z Hannibalem
Tylko Sherlock taki trochę bardziej ogarniający rzeczywistość (ale cały czas tak samo niemiły dla innych!). I trzeba zauważyć, że twórcy mrugnęli kilka razy do fanów jedno z najpopularniejszych detektywów. W jaki sposób? O tym musicie przekonać się sami!
Hannibala tak jakoś nie ciągnęło do jedzenia. I troszkę stylizacja mniej perfekcyjna, ale nadal piękna. 
Mamy też bohatera o imieniu Mordo, co w polskiej wersji jest... Sami rozumiecie. 
A Tildę Swinton jako The Acient One eM miała ochotę przytulić (i podkraść jej wachlarz)

Z innych informacji eM znowu zakochała się w pelerynie o magicznych właściwościach i właśnie tworzy plan jakby tu ją zdobyć (chętnie przyjmie wszelkiego rodzaju pomysły!)
A ktoś koniecznie powinien z eM porozmawiać na temat jej uwielbienia do wszelkiego rodzaju magicznych płaszczy i peleryn. Serio. 

Peleryna!
W tle Doktor Dziwago. 
Należałoby też wspomnieć o humorze, którego jest dużo. Jest to ten przyjemnego rodzaju humor, który pozwala na zrelaksowanie się a także na docenienie tekstów, które nawiązywały do popkultury. CU-DEŃ-KO!

Jeżeli jeszcze się zastanawiacie, czy obejrzeć, to przestańcie to robić. Jeżeli lubicie filmy o superbohaterach to ten film musi się Wam spodobać!

Doctor Strange ma wszystko, czego eM oczekuje po filmie Marvela. Z jednej strony jest dobra zabawa, świetny humor ale są też momenty poważniejsze w których widać, że zebranie tylu dobrych aktorów w jednym miejscu nie poszło na marne (jak to czasami bywa)

I pamiętajcie (chociaż eM ma nadzieję, że nie musi tego przypominać): to film Marvela. Tu trzeba wysiedzieć do końca końcowych napisów. Tych najbardziej końcowych.
Inaczej ominie Was scena. Albo dwie. 
Obie są świetne! 

W tym roku eM ponownie zawitała w Krakowie na Międzynarodowych Targach Książki . I ma Wam tym razem trochę do opowiedzenia.  Zacznij...


W tym roku eM ponownie zawitała w Krakowie na Międzynarodowych Targach Książki.
I ma Wam tym razem trochę do opowiedzenia. 

Zacznijmy jednak od tego, że jeżeli ktoś z Was był już kiedyś na Targach Książki, to wie, że dużej różnicy pomiędzy kolejnymi latami nie ma.

Zacznijmy od samego miejsca w którym odbywają się targi, a do którego dotarcie z centrum Krakowa zabiera trochę czasu (liczcie tak z 40 minut lub więcej w zależności od tego jak szybko chodzicie albo ile osób toczy się razem z Wami w pochodzie do hali). Jak już dotrzecie do hali jesteście już zmęczeni. A po kilku godzinach spaceru między stoiskami eM nadal nie wie jakim cudem udało jej się pokonać tę drogę w drugą stronę, bo nogi odmawiały jej już posłuszeństwa.

W Karkowie na eM czekał Cztery.
I czekolada.
Ale bardziej Cztery.
Myślicie, że to koniec marudzenia? Oto wchodzicie do miejsca w którym książki patrzą na Was z każdej strony. Wam niestety jest trudno cokolwiek zobaczyć, bo 80% czasu macie przed sobą i obok siebie innych ludzi, którzy:
a) idą w tę samą stronę co Wy a przy okazji robi się zator,
b) idą w przeciwną stronę, ale próbują przyśpieszyć i robią zator,
c) stoją przy stoisku i nie można ich wyminąć, więc robią zator,
d) stoją w kolejce do autora i nie mają się gdzie się ruszyć, więc tworzy się zator.
Dodatkowymi atrakcjami są: brak powietrza, łokcie w żebrach, przydeptywanie stóp, ćwiczenie cierpliwości.

eM jest bardzo ciekawa, kto stwierdził, że ustawienie Znaku, Literackiego i Prószyńskiego w jednym kwadracie przy jednej alejce jest dobrym pomysłem. eM poleca tej osobie próbę przejścia tej alejki. Kilkanaście razy w sobotę. Za karę.

To dlaczego eM przyjechała tam po raz drugi?
Bo Targi Książki mają w sobie swego rodzaju magię. To miejsce, gdzie możecie zobaczyć (jak już się przebijecie przez tłumy) książki na każdym kroku. Spotkać ludzi, którzy te książki stworzyli (czyli autorów), macie też ludzi którzy opiekują się nimi na długo zanim trafią na półkę księgarń (redaktorzy, działy promocji). I co najważniejsze: porozmawiać z nimi.
Bo jeżeli jeszcze tego nie wiecie, to na targach nie ma jakiś super okazji do kupienia książek. Owszem, da się znaleźć perełki, ale w większości przypadków to co chcecie kupić znajdziecie taniej w internecie.

Przykład perełki: Americanah w oryginale za 19.00 zł
Niestety ostatnimi czasy eM była tak nieogarnięta, że stwierdziła, że nie weźmie ze sobą książek żeby odstać swoje w kolejce po autograf, no bo po co.
A potem tego żałowała, więc uczcie się na jej błędach!

Targi Książki to też wspaniała wymówka, żeby spotkać się z blogerami, którzy częściej lub rzadziej piszą coś u siebie o książkach. W przypadku eM, która swoją twarz udostępnia jedynie w przypadkach nieopisanej radości takiej jak obrona pisanej w bólu pracy magisterskiej, na przypadkowe spotkania trudno liczyć. Szczególnie, że sama jest niezdolna do rozpoznawania kogokolwiek (serio, wada wzroku plus ogólne nieogarnięcie działa na niekorzyść).

Oto człowiek, który za kilka godzin będzie jechał do Krakowa.

Dlatego eM było przemiło, że w czasie tych trzech dni (no dobra, dwóch dni i wieczora) towarzyszyła jej Nicole z Bucherwelt, która jest przewspaniałą towarzyszką niedoli w wszelakiego rodzaju kolejkach i przeprawach. Drugą osobą z którą eM mogła się spotkać dzięki targom była Gosiarella. Spokojnie, wszyscy Zaklepańcy eM są cali i zdrowi, eM się nie dała!
I nie chodzi tu jedynie o chodzenie między stoiskami, ale także rozmowy w innych lokalizacjach, dotrzymywanie towarzystwa, pilnowanie, żeby wszyscy dotarli do swoich środków transportu do domu (Gosiarella mistrz!) i po prostu spotkanie. I to właśnie przez to towarzystwo eM ocenia tegoroczne targi za udane.

No i wcześniej wspomniany klimat też sporo robi. To przez niego eM wróciła z 4 nowymi książkami, chociaż obiecywała sobie (i wszystkim dookoła), że żadnej książki nie kupi, że tylko wymieni te z którymi przyjechała (a dokładniej tymi, przez które ledwo zamknęła swoją biedną walizkę).

No właśnie. Wymiana książkowa lubimyczytać.
Takie wymiany dają zastrzyk adrenaliny, ale trzeba mieć do nich szczęście. eM nie jest zawiedziona tym co znalazła, ale cały czas czuje niesmak. Szkoda.
eM nauczona doświadczeniem wymian książkowych odbywających się na Warszawskich Targach, namówiła Nicole na przybycie jak najwcześniej się da. Poskutkowało to tym, że byłyśmy mniej więcej 4 (a raczej 7 i 8, bo ludzie czatowali na miejscu dwójkami) na prawie 3 godziny przed rozpoczęciem wymiany. Co z tego, kiedy na kilkadziesiąt minut przed początkiem okazało się, że osoba stojąca przed nami trzymała miejsce jeszcze trzem innym osobom. Bardzo. Kurczę. Miłej. Z. Jej. Strony.
Co jeszcze zirytowało eM? Wprowadzenie dzieci w wieku (na oko) do 10 lat jako "trzymaczy książek". Okej, eM by rozumiała, gdyby dzieciaki chciały wymienić swoje książki i znaleźć coś nowego dla siebie, ale nie kiedy są jedynie po to by wnieść 5 kolejnych książek dla rodzica i stanąć z boku, żeby nie przeszkadzać a następnie jedynie je wynieść z sali wymian.

No i książki, które ludzie przynieśli na wymianę. Nie powinno to dziwić eM, ale bardzo duża część tych książek była... No cóż, eM jest ciekawa, czy ktokolwiek by je chciał. Dobrze, że chociaż zostało wprowadzone ograniczenie, że książki nie mogą być starsze niż z 2000 roku, ale to i tak nie dało zbyt wiele. To niezbyt miłe, kiedy samemu wybierasz ze swojej biblioteczki książki, które były na tyle dobre a zarazem wiesz, że po raz drugi po nie nie sięgniesz, a inne osoby przynoszą dziwne tytuły lub cieniutkie książeczki a same potem wychodzą z świeżutkimi nowościami. I jeszcze mają czelność się tym chwalić. Czasami warto pomyśleć o tym jak sami by się czuli gdyby coś takiego tylko im zostało.

Przegląd książek, które eM przywlokła ze sobą z Krakowa.
Było ciężko. Dosłownie. 
A wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze?
Że pomimo tego całego marudzenia, tłoku, gorąca, ludzi cwaniakujących na wymianie eM pójdzie na następne targi. Na te warszawskie na pewno, bo ma na nie 20 minut (oby była otwarta płyta główna stadionu, oby była otwarta główna płyta stadionu). Ale niewykluczone, że pojawi się na krakowskich. Bo ludzie. Bo magia książek.

Masochista level: mól książkowy będący blogerem.

A tak na serio, to eM nie ma już gdzie trzymać książek. Tym razem naprawdę.
Pomocy?