eM była psychicznie przygotowana na to, że z każdą kolejną stroną najnowszej książki Cassie będzie się coraz bardziej zmuszała do dalsz...



eM była psychicznie przygotowana na to, że z każdą kolejną stroną najnowszej książki Cassie będzie się coraz bardziej zmuszała do dalszego czytania. Szczególnie, że książka jest całkiem niezłym klockiem. Świadomość tego, jak skończyła się pierwsza seria opowiadająca o losach Nocnych Łowców, a raczej to, że wcale tak naprawdę się nie skończyła, spowodowała, że eM była przygotowana na to, że za książkę zabierze się dopiero jakiś czas po premierze, a zrobi to i tak jedynie z sentymentu.

Druga seria też nie napawała optymizmem, jeżeli chodzi o powtarzalność. eM doskonale pamięta, kiedy po przeczytaniu Mechanicznego Anioła czytała opinie, że postacie są skopiowane z Darów Anioła z małymi jedynie modyfikacjami.Oczywiście były też inne zażalenia o których eM nie będzie się teraz rozpisywała. Jak to się skończyło? Ano tak, że spora część fanów uważa Piekielne Maszyny, za najlepszą serię Clare. W tym gronie znajduje się też eM, gdyby ktoś miał wątpliwość.

A raczej była tam, dopóki nie przeczytała Pani Nocy (nadal nie może zrozumieć czemu tak został przetłumaczony tytuł!). Oczywiście, wszystko się może zmienić, trzeba poczekać na to co się będzie działo w kolejnych częściach, ale w tym momencie Pani Noc jest ulubioną książką eM ze świata Nocnych Łowców.

Teoretycznie możecie ją czytać bez znajomości poprzednich książek.
W praktyce, eM radzi Wam ich przeczytanie, jeżeli nie chcecie sobie zaspoilerować zakończenia którejś z nich. To samo, jeżeli chodzi o nowelki. I nie tylko o Kroniki Bane'a, ale także o niewydaną jeszcze w polskiej wersji (ani w angielskiej papierowej) Akademię Nocnych Łowców (o której eM miała napisać już jakiś czas temu, ale znacie eM, ale spokojnie, będzie!).
No i nie można nie wspomnieć o tym, że będą smaczki dla osób, które wszystko już przeczytały!
I tak. W Pani Nocy spotkamy kilku bohaterów znanych z poprzednich części. Z Churchem na czele. Szczerze, eM spodziewała się, że te odwiedziny zajmą większą część książki, dlatego jest zadowolona, że było ich tak niewiele.

Jednak wszystkie te nawiązania do poprzednich części, to tylko dodatek. Najważniejsi są tu nowi bohaterowie i ich sytuacja. Po raz pierwszy eM poczuła, że bohaterowie Cassandry Clare zachowują się adekwatnie do swojego wieku. A raczej, że zachowują się tak, jak ukształtowały ich wydarzenia z przeszłości. Poznajcie Juliana, siedemnastolatka, który od pięciu lat sam opiekuje się czwórką swojego młodszego rodzeństwa. Poznajcie Emmę (kolejna Em!), jego parabatai, która szuka prawdy o tym, czemu jej rodzice zostali zamordowani. Jest jeszcze Mark, starszy brat Juliana, który został porwany przez Faerie, a teraz wrócił, aby zastać świat, który poszedł dalej bez niego. I jest jeszcze Cristina, która przed czymś ucieka.

Co najbardziej urzekło eM w Pani Nocy, są relację między bohaterami.
Clare w końcu zaczęła dawać głos nie tylko głównym bohaterom (a raczej bohaterom, których uznaje za głównych, czyli Julianowi i Emmie), ale także tym teoretycznie mniej ważnym, czyli Cristinie i Markowi. Dzięki temu możemy obserwować i oceniać sytuacje z kilku różnych perspektyw. A eM coś czuje, że młodsi Blackthornowie też niedługo będą mogli dodać coś od siebie.

Oczywiście jest wątek miłosny. Spodziewany, bo zapowiadany już od Miasta Niebiańskiego Ognia, ale nic Was nie przygotuje na to, co tam się jeszcze dzieje. Chociaż eM podejrzewa, że już teraz wie, jak to się wszystko skończy, ale jednak sposób w jaki to zostało stworzone nie razi, jak to czasami bywa. Zobaczymy co będzie dalej. Chociaż według eM, wątek ten został przyćmiony przez zmagania Juliana, aby wychować i utrzymać razem swoje młodsze rodzeństwo. eM nie jest w stanie powiedzieć ile razy była na skraju płaczu, kiedy o tym czytała.

Dlatego eM oficjalnie Juliana zaklepuje i proponuje, żeby wszyscy przytulili Juliana. Najlepiej, gdyby go nigdy nie wypuszczali z objęć. eM może się poświęcić.

Ważne w Pani Nocy są też zmagania ludzi z problemami natury psychicznej i to jak te problemy wpływają na ich najbliższych. Nic więcej nie napisze, bo nie chce zarzucać Was spoilerami.

Jeszcze nie jesteście przekonani?

Pani Noc to epicka historia. Na każdej strony wita nas zagadka albo tajemnica. Akcja nie zwalnia ani na chwilę, a do sposobu poprowadzenia historii nie można się przyczepić. Książki nie można odłożyć, dopóki się jej nie skończy. W tym momencie eM może się jedynie zastanawiać, co będzie się działo dalej, skoro w pierwszej części Mrocznych Intryg dzieje się tyle, co w trzech pierwszych tomach Darów Anioła? Pozostaje tylko czekać.

Oczywiście jest też magia. A raczej to, co czyni Nocnych Łowców Nocnymi Łowcami. Cassie idzie coraz dalej i odkrywa przed nami kolejne elementy ich świata. Tu akurat eM może się przyczepić, bo część z nich brzmiała troszeczkę naciąganie, ale biorąc pod uwagę całość, jest to naprawdę malutki problem. No dobra, jest jeszcze jeden. Pani Noc, mimo wszystko, nadal jest niebezpiecznie blisko Young Adult. Niektóre wydarzenia mogłyby zostać jeszcze bardziej podkreślone, czy inaczej zaprezentowane, gdyby Cassie zdecydowała się jednak jeszcze kawałek odejść od literatury dla młodych dorosłych.

A eM nadal nie wie czy to jest kwestia tego, że miała naprawdę niewielkie oczekiwania, czy Clare stworzyła coś naprawdę dobrego.

Pewnie za kilka miesięcy, kiedy miną emocję, eM będzie mogła się lepiej na ten temat wypowiedzieć. Szczególnie, że po przeczytaniu książki w oryginalne, ma niesamowitą chęć przeczytania jej po polsku, ale czeka na zamówienie swojego egzemplarza z innymi książkami. Nie mówiąc już o tym, że doskonale pamięta tłumaczenie Miasta Niebiańskiego Ognia i aż nie może się doczekać, kiedy będzie mogła porównać to. 

Także wiecie.
Idźcie czytać.
Pani Noc to naprawdę świetna rozrywka na kilka dni.
(Srsly, jest jej naprawdę dużo!)

Tylko nie zapomnijcie wrócić i porozmawiać z eM na jej temat! 

Przez kilka lat  eM była przekonana, że bardzo trudno będzie jej znaleźć książkowy świat którego częścią nie chciałaby zostać tak jak t...



Przez kilka lat  eM była przekonana, że bardzo trudno będzie jej znaleźć książkowy świat którego częścią nie chciałaby zostać tak jak tego z Igrzysk Śmierci. 
Za żadne pieniądze świata! 

Po przeczytaniu dwóch części Red Rising Pierce'a Browna, eM ma jedno spostrzeżenie.
Tak, da się stworzyć jeszcze straszniejszy świat, nigdy nie powinno się wątpić w ludzką wyobraźnię.

Co jest przerażające, ale to chyba już nie powinno dziwić.
Co jest z kolei przykre.

Jeżeli śledzicie czasami książkową blogosferę, to zapewne kojarzycie, że całkiem niedawno książki pana Browna spowodowały w niej poruszenie. Dokładnie wszystkich recenzji nie udało jej się zgłębić (bo sesja), ale pobieżnie przeczytane opinie zachęcały. eM, której ulubionym hobby w czasie sesji jest kupowanie książek (#zahajsrektoraksiążkikupuj), więcej nie trzeba było zachęcać.

No i nie można było zapomnieć o tym, że ostatnio ciężko o dobrego narratora płci męskiej w literaturze około YA. Miło czasami posiedzieć w głowie kogoś, kto więcej czasu spędzi na wykonaniu swojego zadania, niż na myśleniu z kim powinien spędzić resztę życia.

eM chciałaby od razu zwrócić uwagę swoim młodszym czytelnikom, że to Red Rising nie jest literaturą młodzieżową. Krwi się leje dużo. Teoretycznie w książkach młodzieżowych też się leje krew (ktoś jeszcze pamięta Marę Dyer?), ale tutaj jest dużo brutalniej. I są brzydkie słowa, bardzo brzydkie słowa. I jeszcze gorsze zachowania. Żaden bohater nie jest bezpieczny, nigdy nie wiadomo co się stanie.

Jak to powtarzał pewien profesor z Hogwartu: STAŁA CZUJNOŚĆ.

eM miała wrażenie, że autor miał jakiś magiczny generator motywów z którego przed napisaniem pierwszej części wygenerował kilka motywów, po czym próbował je ze sobą połączyć. Ewentualnie miał za dużo pomysłów i koniec końców, postanowił napisać o wszystkim.

No bo jak inaczej opisać historię w której przeplatają się motywy dystopii, starożytnego Rzymu i podbicia kosmosu przez człowieka?

I może to brzmi jakby eM nie podobała się ta historia, a tak wcale nie było! Świat przedstawiony jest ciekawie, połączenie motywów też ma sens.

Tylko jak zwykle coś zgrzytało. I tym razem nie była to przewidywalność wydarzeń (bo tu czasami można było się zdziwić), ale  przewidywalność bohaterów. Tak, eM zdaje sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak archetyp, ale tutaj to wchodzi na nowy poziom.
Nie da się uniknąć tworzenia bohaterów, którzy nie przypominają charakterystyką tych z innych dzieł, szczególnie jeżeli mówimy o bohaterach występujących w tym samym gatunku. Jednak czytając, czy oglądając te dzieła, wiemy, że coś nam brzydko pachnie, ale zazwyczaj nie możemy określić, gdzie
Tutaj, pomimo gatunkowej mieszanki, eM miała wrażenie, że doskonale wie, skąd zna pewnych bohaterów. I nie, nie powie o kogo dokładnie chodzi i kogo przypomina, sprawdźcie sami!

Bo w ogólnym rozrachunku eM jest na tak.
Może to nie jest nic nadzwyczajnego, ale ciekawie jest zobaczyć nowe połączenie motywów w bardziej realistycznej (chociaż może to brzmi niezbyt dobrze, biorąc pod uwagę, że eM pisze o książce w której wszystko dzieje się w kosmosie, a nauka ewoluowała tak, że ludzie są naprawdę podzieleni w kasty także poprzez manipulację biologiczną). Czyta się całkiem szybko, chociaż początek pierwszej i drugiej części trochę się dłużył, ale potem akcja gnała do przodu tak, że eM nie była pewna czy wszystko dobrze rozumie.

Szczególnie, że eM nie mogła zapamiętać imion. W serii jest ich naprawdę dużo i w dużej mierze są do siebie podobne. Dodajcie do tego inspirację starożytnością i się zastanawiacie, czy czytacie o tej postaci o której myślicie, że czytacie. Ale spokojnie, da się do tego przyzwyczaić!

Tylko nie miejcie jakiś super wysokich oczekiwań, bo możecie się zniechęcić.

A teraz bardzo ważne pytanie: Znacie jakieś ciekawe próby połączenia motywów? Dajcie znać!

Tytuł tego postu mógł być jeszcze większym sucharem, więc cieszcie się, że skończyło się na takim. Naprawdę. Oglądając ten film eM rz...


Tytuł tego postu mógł być jeszcze większym sucharem, więc cieszcie się, że skończyło się na takim.
Naprawdę. Oglądając ten film eM rzucała sucharami na prawo i lewo.

Wiecie jak zazwyczaj wyglądają posty o ekranizacjach znanych książek? 
Byłam, obejrzałam, nie było jak w książce, łapka w dół. 

A przynajmniej większą część zajmuje porównanie tego jak film różni się od książki. 
Oczywiście, eM sobie przypomniała o tym siedząc już w kinie, a biorąc pod uwagę, że z książkowej Wiernej pamięta mniej więcej co się działo (czytajcie: że świat się jakoś rozszerzył), to co się stało na końcu (tego chyba nie da się zapomnieć) i to jak słabo została przedstawiona perspektywa Cztery (który z najlepszego bohatera w serii stał się najgorszym), to oglądanie spędziła na zastanawianiu się co jakiś czas, czy to coś co widzi na ekranie zdarzyło się w książce czy nie. 

Dlatego, żeby mieć o czym pisać, a raczej pisać o czymś więcej niż tym, że Cztery jest najlepszy, eM postanowiła przeczytać streszczenie trzeciej części Niezgodnej przed napisaniem swojej opinii na temat filmu. Bo oczywiście jej egzemplarz książki jest gdzieś w świecie.  

Filmowa Wierna, a raczej pierwsza część ostatniej części (eM pamięta, że czwarta część filmowej serii będzie miała inny tytuł, internet podpowiada, że będzie to Ascendant) ma mało wspólnego z książką. Co może i nie jest dziwne, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że druga część filmu skończyła się inaczej niż książka i cały czas brakuje kilku bohaterów, których znamy z papierowej wersji. 

Ogólny zarys historii jest ten sam. eM nie będzie szczegółowo Wam go opisywała, żebyście sami mogli się przekonać. I szczerze powiedziawszy, wersja filmowa trochę lepiej jej się podobała. Biorąc pod uwagę to, że ani jedna, ani druga wersja nie powaliły ją na kolana. Każda ma swoje wady. 

O książkowej możecie poczytać TUTAJ

O filmowej eM wypowie się teraz. 

Gdyby nie to, że eM czytała książkę i oglądała poprzednie filmy, po obejrzeniu Wiernej byłaby przekonana, że głównym bohaterem jest Cztery. 
Co, jak wszyscy wiedzą, nie może być złą rzeczą, szczególnie, kiedy Cztery wygląda jak Theo James. 

To na jego barkach spoczywa cała historia. A raczej na jego zdolności do rozprawienia się z każdym przeciwnikiem (a nawet przeciwnikami, nie ważne jaką mieliby przewagę liczebną), wychodzenia jedynie z kilkoma zadrapaniami z poważnych wypadków (uwaga, eM uspokaja: tylko nieliczne znajdują się na twarzy!). Koleżanka z którą eM oglądała Wierną stwierdziła, że istnieje kolejka dla osób, którym Cztery ma przywalić. A oprócz tego, wygląda na to, że tylko on zachował zdolność myślenia. 

Cztery nie jest zadowolony, bo lepiej wygląda w czarnym. 

I tak, Theo James pojawia się na ekranie bardzo, bardzo często!

eM, która chodzi na kolejne części Niezgodnej tylko po to, żeby zobaczyć Cztery w dobrej jakości, nie mogłoby być chyba nic lepszego!
No dobra, mogło. Gdyby twórcy filmu mieli jaja i skończyli tę część tak jak Veronica Roth skończyła serię. W tym momencie, eM nie rozumie czemu będzie czwarta część (chyba, że chcą zrobić cztery dla Cztery, oprócz finansowego aspektu, w takim przypadku eM popiera!). Trzy czwarte ostatniej części zostało zawarte w filmie. Tak jak eM wspomniała, nie było to dokładnie to samo co w książce, ale najważniejsze wątki są już wykorzystane. 

CO ONI DALEJ ZROBIĄ? 

Czy eM musi pisać o Tris, która jest coraz bardziej irytująca i jeszcze mniej myśląca? I to nie jest wina Shai, tylko postaci.
Chociaż chwila. Dobrze, że Tris była w tej części, bo inaczej eM nie mogłaby zażartować, że siedzi w samochodzie ze wszystkimi chłopakami z którymi się całowała. 
I kończąc już temat żartów (a raczej sucharów), Ansel, grający Caleba, powinien się cieszyć, bo przynajmniej w tym filmie ma jeszcze obie nogi. 

Ba-dam tss!

Zanim zaczniecie oglądać Wierną, przygotujcie się też na ból zębów spowodowanych ich zgrzytaniem. eM rozumie, że część lokalizacji nie da się stworzyć inaczej niż w komputerze, ale w tym samym czasie jest zdania, że ich komputerowe pochodzenie nie powinno być aż tak widoczne. Naprawdę. Kiedy uświadomicie sobie (a raczej wypatrzycie) ile czasu aktorzy spędzili na zielonym ekranie i jak to musiało śmiesznie wyglądać, zaczniecie traktować Wierną jak komedię. 

A tutaj aktorzy Wiernej w ich naturalnym środowisku.
 W tym momencie przechadzają się po ścianie.
Wierna nie jest filmem, który koniecznie musicie zobaczyć. Jest przeciętna. Fani serii, którzy pamiętają co działo się w książkach, na pewno będą mieli dużo materiałów do porównywania. Jeżeli macie wysokie oczekiwania, to odpuście sobie na razie. Poczekajcie aż Wam przejdzie. Jednak kiedy chcecie tylko chcecie spędzić czas, a oglądaliście poprzednie części, to śmiało! Tylko eM jeszcze raz powtórzy, nie nastawiajcie się na nic wspaniałego. 

To czy jest tam coś pozytywnego?

Tak. 
Cztery w największej ilości do tej pory. 
Nie ukrywajmy, to jego ogląda się najlepiej.

Macie pomysł, co twórcy filmu zaprezentują w czwartej części? 
Myślcie, że odważą się na to samo, co zrobiła Veronica Roth? 

Wszyscy kochają Magnusa.  No dobra, może nie wszyscy, ale jeżeli przeprowadzilibyście ankietę wśród fanów serii Cassandry Clare, eM j...

Wszyscy kochają Magnusa. 

No dobra, może nie wszyscy, ale jeżeli przeprowadzilibyście ankietę wśród fanów serii Cassandry Clare, eM jest przekonana, że Magnus byłby na pierwszym miejscu wśród tych najbardziej lubianych. Czemu się dziwić? 

Czarownik, którego wiek jest nieznany (a przynajmniej Bane stara się, żeby tak zostało), urządzający imprezy urodzinowe swoim kotom (no dobra, wiemy tylko o jednej dla jednego, ale eM jest przekonana, że to nie wszystko!), pozostawiający po sobie ślady brokatu, ze stylem, którego wielu mu zazdrości. I świetnym poczuciem humoru. 
I nie zapominajmy, że gdyby chciał, to wygrałby walkę z Dumbledore'em

Dlatego eM nie była zdziwiona, kiedy okazało się, że Cassie wyda zbiór opowiadań. Chociaż trzeba pamiętać, że nie pisała go sama, bo wspomogły ją Sarah Rees Brennan i Maureen Johnson. I z tym wydaniem zbioru opowiadań, też nie jest to do końca prawda, bo najpierw opowiadania pojawiały się co miesiąc w formie e-booków, a dopiero po opublikowaniu ich wszystkich, wydano wersję papierową.

I tak naprawdę, chociaż pomysł mógłby wydawać się dziwny (ewentualnie nastawiony na zdobycie jak największej ilości kasy), to ma to sens.

Po pierwsze, Kroniki Bane'a zawierają spoilery. Nie tylko te dotyczące Darów Anioła, ale także Piekielnych Maszyn i tej nowej serii, która ma się dziać po Piekielnych Maszynach (The Last Hours?). Dzięki możliwości wyboru dokładnie, które opowiadanie chcemy przeczytać w pewnym sensie możemy uniknąć spoilerów dotyczących serii, których jeszcze nie znamy.
Ale nie próbujcie tego, mniejszy czy większy spoiler zawsze się znajdzie, chociaż tutaj możemy uniknąć przypadkowego otwarcia strony gdzieś, gdzie byśmy nie chcieli (eM pisze z własnego doświadczenia, uwierzcie jej!).

Po drugie, zabierając się za papierową wersję,  pamiętajcie, że chociaż Magnus jest na okładce, to możemy się dowiedzieć sporo nie tylko o nim. Jeżeli czytacie marudzenie o przygodach Magnusa, to eM podejrzewa, że doskonale wiecie jak wygląda narracja w świecie Nocnych Łowców. Im dalej, tym teoretycznie coraz więcej bohaterów dostaje głos, ale to i tak może wydawać się za mało.
Dzięki kilku historiom z życia Czarownika z Brooklynu możemy dowiedzieć się więcej o jego przyjaciołach. Szczerze powiedziawszy, eM wolałaby przeczytać serię o ich przygodach, niż znowu wracać do czytania dramatów Nocnych Łowców. Do czytania których i tak wróci, bo ma do nich straszny sentyment.

W każdym razie, Kroniki Bane'a spowodowały, że eM zupełnie inaczej spojrzała na Raphaela. Tak, ewentualnie go też zaklepała. Dlaczego? Zrozumiecie, kiedy przeczytacie.
Po za tym, Caterina i Ragnor wymiatają. Tego się nie da inaczej opisać.

Po trzecie, możemy w końcu zobaczyć wydarzenia o których wcześniej jedynie wspomniano, na przykład pierwsze spotkanie Clary z Magnusem. Albo o takich, które dopiero w przyszłych seriach będą wspomniane.

Po czwarte, pamiętajcie, że opowiadania były pisane przez trzy osoby, przez co nie wszystkie są równe sobie jakością. Przez pierwsze dwa jest ciężko się przebić, ale potem idzie coraz lepiej. Może to kwestia tego, że właśnie wtedy zaczynają się pojawiać bohaterowie, których już znamy?

Kończąc tak, żeby nikomu nic nie zdradzić, eM chciałaby napisać, że Kroniki Bane'a są naprawdę przyjemnym dodatkiem do świata Nocnych Łowców. Jeżeli już wszystko przeczytaliście, bierzcie się za nie od razu! Jeżeli Wam jeszcze czegoś brakuje, to albo nadróbcie to co macie nadrobić, albo poproście kogoś kto już wszystko przeczytał (może niech to lepiej nie będzie eM), żeby dał znać, czy dane opowiadanie jest wolne od spoilerowych psikusów.

Co sądzicie o pisaniu przez autorów dodatkowych opowiadań, w których występują bohaterowie o których wiemy trochę mniej?