Wiecie jak trudno jest pisać o książce do której macie wiele zastrzeżeń, ale czytaliście już jej drugą część, która jest o wiele, napra...


Wiecie jak trudno jest pisać o książce do której macie wiele zastrzeżeń, ale czytaliście już jej drugą część, która jest o wiele, naprawdę WIELE lepsze? 

Bo eM to przeżyła i powie Wam, że to nie jest proste. 
Dlatego, jeżeli nie czytaliście jeszcze Dworu Cierni i Róż, wiecie gdzie znaleźć opinię eM o nim. 

A jeżeli czytaliście i nie spodobało się Wam, to przeczytajcie co eM ma do napisania. Może warto dać drugą szansę?

Jeżeli znacie eM to wiecie, że jeżeli chodzi o książki Sarah J. Maas ma ona problem, bo zupełnie nie czuje początków (znanych również jako pierwsze tomy) jej historii. Tak było ze Szklanym Tronem. To samo z Dworem Cierni i Róż

Jednak Sarah zawsze ma plan. A przynajmniej ma pomysł co zrobić, żeby w kolejnych częściach okazało się, że ten słaby początek miał sens i musiał się wydarzyć. Z różnych względów.

W drugiej części poznajemy wiele nowych miejsc. Nareszcie! eM myślała, że nabawi się klaustrofobii czytając poprzednią część. Tam bohaterowie byli zamknięci jedynie w kilku miejscach. Dopiero w A Court of Mist and Fury mogą rozwinąć skrzydła (tak, ten suchar jest tutaj specjalnie).

Większy świat, to również więcej postaci i to tych złożonych, interesujących. Nie są jedynie tłem dla głównych bohaterów, ale sami w sobie mają coś, co powoduje, że chce się o nich dalej czytać.

No i należy wspomnieć o tym, że Maas znowu pokazuje, że jest mistrzynią jeżeli chodzi o pokazywanie relacji międzyludzkich (między Faeowych?) i to jak ludzie (Fae?) się zmieniają. Nawet Ci, których uważaliśmy za najbliższych. eM nie może się doczekać, kiedy część osób przeczyta tę książkę i zacznie marudzić, że znowu Maas zmieniła pewną postać na gorszą.
Życie.

I zabawa emocjami czytelników.

eM nie ma pojęcia jak Sarah to robi, ale za każdym razem, nie ważne jak mocno sobie obiecuje, że nie będzie pochłaniała jej nowych książek w kilka dni, tylko elegancko poczyta sobie bo kilkadziesiąt stron dziennie, wychodzi na to, że eM rzuca wszystko co ma do zrobienia (nawet pisanie pracy magisterskiej, której termin oddania zbliżał się bardzo niebezpiecznie #takbyło) i czyta.

Wątku romansowego nadal jest dużo, ba! Może nawet więcej niż w pierwszej części, ale poprawiła się jego jakość. Czuć chemię i to do takiego stopnia, że eM serdecznie poleca zaopatrzenie się w wachlarz albo spryskiwacz. Jest naprawdę gorąco!

Całe szczęście, więcej też się dzieje. W końcu jest jakiś cel we wszystkim co się dzieje, bohaterowie muszą działać, bo inaczej znajdą się mało ciekawej sytuacji.

Nadal nie jest to książką, którą bez zastanowienia można polecać wszystkim dookoła, ale ma coś w sobie. Ciekawy świat, różnorodność bohaterów, trochę przygody, dużo romansu.
Czego chcieć więcej do czytania podczas, kiedy wieczory coraz zimniejsze? 

John Tiffany, Jack Thorne - Harry Potter i Przeklęte Dziecko eM musi się wygadać. A raczej wypisać. Wiecie co jest najgorsze  w Harr...

John Tiffany, Jack Thorne - Harry Potter i Przeklęte Dziecko

eM musi się wygadać. A raczej wypisać.

Wiecie co jest najgorsze  w Harrym Potterze i Przeklętym Dziecku?
To, że eM naprawdę czekała na to, żeby móc dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co się stało z jej ulubionymi bohaterami.

Co nie powinno nikogo dziwić, bo eM jest jedną z tych osób, które dorastały wraz z głównym bohaterem serii. Przygody Harry'ego były jedną z tych serii, które spowodowały, że teraz eM czyta ile czyta (czyli dużo). To samo jeżeli chodzi zarwanie nocy na czytanie.

eM jest nawet ciężko próbować opisać jakie emocje wiązały się z obcowaniem ze światem młodego czarodzieja i jego przyjaciół. Ten fenomen chyba nie ma sobie równych.

Dlatego naprawdę eM, tak jak wiele innych osób, czekała na moment, kiedy Rowling powie coś więcej o tym co się działo później. A może w końcu coś napisze? A może jakiś prequel (Huncowci, Założyciele Hogwartu, KTOKOLWIEK)? I nadeszła wyczekiwana informacja.

I chociaż mózg podpowiadał, że to się źle skończy, to eM była pełni nadziei i czekała. Najpierw na informacje o tym jak będzie wyglądał zapowiedziany spektakl (dobra, eM była nawet gotowa czytać spoilery wszelakiej jakości, żeby tylko dowiedzieć się czegokolwiek), a potem na premierę scenariusza.

A potem dotarła do spoilerów i zaczęła się śmiać. A potem uświadomiła sobie, że nie po raz pierwszy może się okazać, że to co naprawdę wydarzy się w oficjalnie wydanej historii będzie co najmniej dorównywało temu co się dzieje w fanficach wątpliwej jakości.

Tak, tak.
Harry Potter i Przeklęte Dziecko czyta się jak jeden z fanficów.
I dla eM właśnie tym pozostanie. Fanfickiem, a nie ósmą częścią przygód Harry'ego.

Dlaczego?

Bo niby mamy ten sam świat, niby tych samych bohaterów, a jedyne o czym eM mogła myśleć podczas lektury, to to, że gdyby był to fanfic, to otrzymałby odpowiednie oznaczenia w opisie (out of character, alternative universe, jeżeli wiecie o co chodzi).

I o tym, że używał schematów z których korzystali już inni twórcy, a które były wyśmiewane w całym fandomie. Wielokrotnie.

O tym, że Scorpius i Albus to kalka tego jak twórcy ff wyobrażali sobie ich ojców.

O tym, że inni bohaterowie zostali karykaturami samych siebie.

I o tym, że interesujący pomysł na historię stał się parodią.

Dlatego eM Was prosi, żebyście nie nazywali Harry'ego Pottera i Przeklętego Dziecka ósmą częścią, a przynajmniej nie w obecności eM, bo ona nie zamierza tego nazwać kolejną częścią.
To jest fanfiction, które dostało zgodę Rowling na zarobienie dużej ilości pieniędzy.

Co nie przeszkadza eM czekać na Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. I trzymać kciuki, żeby tym razem się nie rozczarowała.