Nawet nie wiecie, ile razy eM łapała się na nuceniu pewnego hitu z Eurowizji podczas czytania tych książek.  Zanim eM zacznie Wam opowi...

Nawet nie wiecie, ile razy eM łapała się na nuceniu pewnego hitu z Eurowizji podczas czytania tych książek. 

Zanim eM zacznie Wam opowiadać, dlaczego lektura przygód Gosławy Brzózki jest  dobrym pomysłem, chciałaby poprosić, żebyście odpowiedzieli na dwa pytania: 

Ilu bogów greckich (bądź rzymskich) jesteście w stanie wymienić w ciągu minuty? A ilu wymienicie w tym samym czasie bogów słowiańskich?

eM podejrzewa, że Wasze odpowiedzi będą podobne do tych, które sama udzieliła. O greckich lub rzymskich bogach słyszymy już od podstawówki, ba! Nawet czytamy mitologię, która pokazuje ich problemy codziennego życia (Śmiertelnik ma z Ciebie ubaw? W oko wpadła Ci jakaś śmiertelniczka? Ktoś stwierdził, że nie jesteś najładniejsza? Wiesz co robić! Bardzo wychowawcze). A czego się dowiadujemy o tych, którzy stanowili podstawę naszej kultury? Mało (No wiecie, za mało informacji zostało, za mało wzmianek i w ogóle to wszystko było strasznie rozdrobnione).

Czyli starożytna wersja Jak trzeba uratować świat, to uratujmy Stany Zjednoczone i wszystko będzie dobrze.

Po wyrzuceniu z siebie, tego co trzeba (a raczej tego co się chciało), wróćmy do tematu.

Szczerze powiedziawszy, obie części Kwiatu paproci są idealnymi przykładami romansu paranormalnego. Tym, co je odróżnia i pozwala na nie wrzucenie ich do tego samego worka co chociażby Zmierzchu, jest osadzenie wydarzeń w alternatywnej historii Polski.
Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Okazuje się, że główną różnicą byłoby pozostanie przy starych wierzeniach (bo to, że Polska byłaby potęgą, to chyba jest dla wszystkich jasne, prawda?) a co za tym idzie trochę inaczej wyglądałaby nasza kultura. I niektóre wymagania wobec studentów jeszcze bardziej uprzykrzałyby życie.

W takim położeniu znalazła się Gosława (która i tak nazywana jest Gosią, nie mylić z Gosiarellą), która zanim zacznie swoją wymarzoną pracę jako lekarz, musi odbyć praktyki u Szeptuchy. Kim są Szeptuchy? To taki psycholog/doradca/alternatywny lekarz/weterynarz pierwszego kontaktu. I to raczej w tej kolejności. Stare kobiety, które mają ogromną wiedzę i cieszą się szacunkiem wiejskiej społeczności. I zbierają ziółka. I dają dziwne rady, które ku zdziwieniu niektórych pomagają.

Może i historia alternatywne, ale jak jesteś dziewczyną, która większość swojego życia spędziła w dużym mieście, perspektywa chodzenia po lesie i zbierania ziółek jest przerażająca bez względu na to w co wierzą ludzie w Twoim kraju. Kleszcze i tak istnieją (eM jest zachwycona Gosiowym strojem na wyjścia do lasu).

To właśnie dzięki głównej bohaterce, a raczej tarapatom w które się pakuje, poznajemy to jak mogły wyglądać dawne wierzenia i zwyczaje naszych przodków, a co najmniej to, o co chodziło z tymi wszystkimi bogami i który odpowiadał za co. eM, jako wielka fanka mitologii wszelakich, była zachwycona.

Przewidywalność? Można się było jej spodziewać, ale nie obawiajcie się, są też momenty, kiedy przewracacie strony z zawrotną prędkością, żeby dowiedzieć się co się wydarzyło. Na duży plus można zaliczyć też obecny w powieściach humor.

I chociaż czasy inne, chociaż bogowie knują i spiskują, to ludzie zachowują się tak, jakbyśmy się mogli tego spodziewać. Swojsko (tak, to dobre określenie). Tego właśnie eM brakuje w niektórych książkach, których akcja osadzona jest w Polsce - kreowania postaci tak, jak się zachowują Polacy, a nie tak jak byśmy chcieli, żeby zachowywali się Polacy, kiedy czytamy książki.

Katarzyna B. Miszczuk udowadnia, że da się stworzyć coś, co teoretycznie wszystkim już się przejadło, osadzone w teoretycznie znanym nam świecie z drobnymi zmianami, z sympatyczną bohaterką, okraszone dużą dawką dobrego humoru, co w połączeniu daje najciekawszy paranormalny romans, jaki eM miała okazję czytać w przeciągu ostatnich kilku lat.

Aż chciałoby się powiedzieć zagranicznym autorom: weźcie sobie te wszystkie wampiry i wilkołaki, bogów greckich, czy egipskich.
Patrzcie, my Słowianie też mamy fajną mitologię! 

Nazwa zobowiązuje, prawda? Dlatego w tym roku eM postanowiła przyłączyć się do akcji SHARE WEEK organizowanej przez Andrzeja Tucholsk...


Nazwa zobowiązuje, prawda?
Dlatego w tym roku eM postanowiła przyłączyć się do akcji SHARE WEEK organizowanej przez Andrzeja Tucholskiego. O co w tym wszystkim chodzi? O dzielenie się dobrem.
Bo czy nie tym jest polecanie czegoś co się lubi? A konkretnie tych, którzy pokazują eM, że blogosfera może być fajna. Szczególnie ta popkulturowa, gdzie czasami trudno jest znaleźć coś... coś innego. 

Oczywiście, eM ma dużo więcej blogów (blogerów?), których obserwuje, jednak wiecie, co za dużo dobrego to niezdrowo. Plus wiecie, zasady (nie piszcie eM nic o ich łamaniu!). 


eM podziwia Marthę, że jej się chce. Bo nie tylko prowadzi bloga, ale również kanał na youtubie a treści na jednym i drugim się świetnie się uzupełniają. No i nigdy z nią nie jest nudno. Widać, że dziewczyna ma mnóstwo pomysłów, które wprowadza w życie (tego eM jej też zazdrości), co naprawdę pozwala na wiarę w to, że blogi (lub vlogi) książkowe (lub okołoksiążkowe) nie muszą wyglądać tak samo. 


Najbardziej różowa blogerka zajmująca się zombie. Niszczyciel bajkowych wspomnień z dzieciństwa. Jeżeli jeszcze nie znacie Gosiarelli, koniecznie musicie to zmienić. Na pierwszy rzut oka, może wydawać się dziwna (szczególnie, kiedy pisze o Różowych Sałatach), ale kiedy zrozumiecie o co w tym wszystkim chodzi, ani się obejrzycie a będziecie stałym gościem na najbardziej różowym blogu w sieci. 





Wiecie pewnie, że to naturalne, że lubi się ludzi, którzy mają zdanie podobne do naszego, prawda? 
Tak jest w tym przypadku, a dodatkowo Megu w swoich recenzjach bardzo często wspomina o rzeczach, które może i przeszły eM przez myśl, ale nie zatrzymały się tam dłużej. No i są suchary (chyba wszyscy wiecie jak bardzo eM lub suchary, prawda?), które pięknie się komponują z poważniejszymi przemyśleniami.

Znacie? Bywacie? Czytacie?
A może macie jakieś własne typy? Podzielcie się nimi w komentarzach, eM z chęcią powędruje do nowych miejsc w Internecie.  

To będzie wpis sentymentalny. Gdyby ktoś miał wątpliwość - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo ( graniczące z pewnością ), że...


To będzie wpis sentymentalny.
Gdyby ktoś miał wątpliwość - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo (graniczące z pewnością), że natkniecie się w nim na spoilery dotyczące ostatniego odcinka Pamiętników Wampirów. 

To była naprawdę długa podróż.

eM z Pamiętnikami Wampirów była od samego początku. Nawet teraz pamięta jak oglądała pierwsze zapowiedzi i śmiała się z tego, że będą próbowały być Zmierzchem w serialowej wersji. I może na początku trochę tak było, jednak eM przekonała się, że to będzie coś innego całkiem szybko. A dokładnie mniej więcej w momencie, kiedy w pamiętnej scenie, Damon tańczył do Enjoy the slience po posiadłości Salvatorów (razem z Vicki, ale chyba nikt nie powie eM, że zwracał na nią uwagę w tej scenie). To właśnie wtedy historia nabrała rumieńców, a klimat (i nie tylko) porwał widzów.

Damon wie co mówi!

To wtedy też nadszedł czas, gdy co drugi serial obowiązkowo musiał mieć coś wspólnego z krwią, a dokładniej, musiał posiadać postaci, które bez jej spożywania nie mogłyby istnieć (bo dużo wspólnego z krwią mają też seriale medyczne, ale nie idźmy w tę stronę, dobrze?). True Blood, Moonlight. Kojarzycie? Dodajcie do tego podobny trend w książkach i powinniście przypomnieć sobie (albo wyobrazić sobie, w zależności ile macie lat), jak to mogło wyglądać.

Przesyt to dobre słowo. Niestety często spotykane w popkulturze, kiedy twórcy się na coś nastawią.
Ale są twory, które mimo przesytu, mimo tego, że nikt nie chce się zbliżać do danego rodzaju choćby i na kilometr, zostają z nami na dłużej. I potem robi nam się smutno, że trzeba się w końcu z nimi pożegnać.

Chociaż bezsensowność osiąga niewyobrażalne poziomy (ale i tak nie przebije książkowego pierwowzoru, eM wie, eM zmusiła się do przeczytania książkowych Pamiętników Wampirów - wytrzymała cztery tomy), chociaż wiemy czego można się spodziewać po bohaterach, to coś (ekhemmasochizmekhem) powoduje, że zostajemy z nimi do końca.

Tak było i w tym przypadku.

Pierwsze sezony Pamiętników Wampirów kojarzą się eM z całkiem porządnymi wątkami (a w porównaniu z kolejnymi pomysłami twórców, nawet naprawdę dobrymi wątkami), ciekawymi bohaterami (szczególnie, kiedy na scenę wkroczyła Oryginalna rodzina) i masą świetnych tekstów (serio, eM nie wie gdzie się podziali ludzie odpowiedzialni za dialogi w ostatnich sezonach). No i oczywiście nie można tu nie wspomnieć o Ianie Somerhadlerze grającym Damona, który podbił nastoletnie (i nie tylko) serca w momencie, kiedy witał się z bratem. Bardzo łatwo było zagłębić się w świat, w którym bohaterowie może i robią straszne rzeczy, których nigdy im by się nie wybaczyło w prawdziwym życiu, ale hej, przecież to historia o wampirach, wilkołakach, doppel... sobowtórach i innych dziwnych tworach. Tam nie mogło być normalnie. 

eM nadal nie wie jak to napisać.
Ale prawie umie wypowiedzieć to słowo!

Poza tym, eM ma ogromny sentyment do Pamiętników Wampirów ze względu na to, że to dzięki nim powstał termin Zaklepaniec, a dokładnie dzięki Damonowi, który był pierwszym z długiej listy (żeby nie napisać: oryginalnym. Klaus, Elijah - nie słuchajcie tego!). 

Jednak powoli coś zaczęło się zmieniać. Na początku trudno było to zauważyć, jednak potem nie można było nie zwrócić  uwagi. Zaczęła się wkradać powtarzalność. 

Może i przygody inne, ale zachowanie bohaterów już nie.
Elena będzie nieszczęśliwa i nie wie czego chce. Stefan i Damon będą się cały kłócili, przy czym nie ważne co się stanie to i tak wina Damona. Stefan zrobił coś złego? Ojej, to też wina Damona.  Bonnie będzie miała problemy z magią i zginie średnio raz na sezon. Caroline? Chociaż przemiana w wampira wyszła jej na dobra, to głównie jest znana z tego, że przespała się z większością głównych bohaterów. Romantyczny związek? Byle nie z Alarickiem, bo wyrok śmierci gwarantowany. 
Nawet Matt cały czas zawyżał statystyki, będąc niezmiennie ostatnim człowiekiem w Mystic Falls. 

A potem nadszedł czwarty sezon, w którym Oryginalni dostali swoją szansę (którą, jeżeli eM może wtrącić, naprawdę dobrze wykorzystali), co stało się kolejnym gwoździem do trumny (tu mógł być suchar, ale eM się powstrzymała - doceńcie to). Ostatecznym, było odejście Niny Dobrev z obsady. 

Pod koniec, eM miała dokładnie taką minę. 
Z każdym kolejnym odcinkiem, było coraz gorzej, twórcy chyba mieli maszynę losującą, która podpowiadała im jakie wątki i nowe stwory wprowadzić do kolejnych sezonów. Aż w końcu w świat poszła informacja, że ósmy sezon będzie ostatnim.

Możecie wierzyć eM lub nie, wcale się nie postarali, żeby odejść z hukiem, chociaż widać było, że chcą pozamykać wszystkie otwarte wątki (butem je! butem!). No i oczywiście nie mogli się oprzeć, żeby nie wprowadzić nawiązań do pierwszego sezonu. Nie tylko pod względem scen, ale także poprzez dialogi, czy nawet muzykę (która została na tym samym poziomie przez cały czas trwania serialu).

Czy eM przypadł do gustu ósmy sezon Pamiętników Wampirów? Nie.
Czy przeszkodziło jej to w płakaniu na ostatni odcinku? Skądże. 
Czy chodziła rozbita i marudna przez kolejny tydzień bo nie mogła się pogodzić, że to już koniec? Skąd wiedzieliście? 

Szczególnie, że patrząc na seriale, które teraz są na antenie (są kontynuowane? Wiecie o co chodzi) to może nas czekać pożegnanie z wampirami. No dobrze, mamy Oryginalnych (ale powiedzmy sobie szczerze, Oryginalni nigdy nie byli typowymi wampirami), mamy reprezentantów krwiopijców w Ganiaczach Cieni, ale to by było na tyle. eM coś czuje, że przyjdzie nam trochę poczekać, zanim twórcy stwierdzą, że czas na powrót wampirów na taką skalę.

I wiecie co? eM jest naprawdę dobrze z tą świadomością. 

Spoilerów nie ma, są okładki i tytuły. I może daty. Kiedy autor (lub jak w tym przypadku - autorka) ma w odróżnieniu od niektórych os...

Spoilerów nie ma, są okładki i tytuły.
I może daty.
Kiedy autor (lub jak w tym przypadku - autorka) ma w odróżnieniu od niektórych osób dużo weny (eM nie będzie wskazywała palcem sama na siebie) w pewnym momencie sytuacja dochodzi do tego, że osoby, które chcą zacząć przygodę z jego/ jej twórczością, nie mają pojęcia od czego zacząć, żeby nie zaspoilerować pozostałych wydarzeń. Albo po prostu nie wiedzą od czego zacząć, żeby nie zacząć czegoś od środku (nieustanna obawa eM, przy długich seriach, nawet goodreads czasami nie pomaga się upewnić, że się dobrze czyta).

Jak pewnie mogliście się już domyśleć, chodzi o Kroniki Nocnych Łowców, pisane przez Cassandrę Clare (z niewielkim wkładem innych autorów, szczególnie, kiedy chodzi o opowiadania). Jeżeli jakimś cudem nie spotkaliście się z którąś z jej historii, to dotyczy to świata w którym obok nas żyją specjalnie wyszkoleni wojownicy w żyłach których płynie krew Aniołów, którzy walczą z demonami i dbają o to, żeby ich istnienie nie wyszło na jaw (i jednych i drugich. I wampirów też. I wilkołaków. I czarowników. No i jeszcze fearie)
O. I żeby mieć jak najwięcej przystojnych, sarkastycznych młodzieńców w swoich szeregach. 

Ale po kolei. Zacznijmy od tego, co mamy do wyboru:

Dary Anioła 


Miasto Kości, Miasto Popiołów, Miasto Szkła, 


Miasto Upadłych Aniołów, Miasto Zagubionych Dusz, Miasto Niebiańskiego Ognia

Diabelskie Maszyny


Mechaniczny Anioł, Mechaniczny Książę, Mechaniczna Księżniczka 

Mroczne Intrygi


Pani Noc, Lord of Shadows, The Queen of Air and Darkness

The Lost Hours
Chain of Gold, Chain of Iron, Chain of Thornes

The Eldest Curses
The Lost Book of White, The Black Book of the Dead, The Red Scrolls of Magic

The Wicked Powers
brak informacji, trylogia

Zbiory opowiadań





Sporo tego, prawda? Jednak nie macie się czego obawiać, kiedy eM jest na posterunku i zaraz Wam wyjaśni co robić (a raczej: w jakiej kolejności czytać).

W przypadku Kronik Nocnych Łowców (z ang. Shadowhunters Chronnicles), recepta na czytanie bez zrobienia sobie spoilerowej krzywdy (a raczej cieszenie się z historii w pełnej krasie) jest bardzo prosta: kierujcie się datami pierwszych wydań w oryginale. Chociaż serie są różne, mamy sequele, prequele i zbiory opowiadań, to czytanie wszystkiego w kolejności w której zostały wydane, powoduje, że nie trzeba się zbytnio martwić. 

Oczywiście, możecie czytać książki według serii, jednak eM chciałaby się skupić na sytuacji w której wszystko się splata w jedną, płynną całość, czyli wspominane już czytanie według daty wydania (pierwszego, w oryginale! Polskie tłumaczenie zostało wydawana trochę w innej kolejności, warto o tym pamiętać). Poniżej lista z sugerowaną kolejnością w następującej formie 

Tytuł książki - Tytuł serii oraz jej część (rok wydania)

Miasto Kości - Dary Anioła #1 (2007) 
Miasto Popiołów - Dary Anioła #2 (2008)
Miasto Szkła - Dary Anioła #3 (2009)
Mechaniczny Anioł - Diabelskie Maszyny #1(2010)
Miasto Upadłych Aniołów- Dary Anioła #4 (2011)
Mechaniczny Książę - Diabelskie Maszyny #2 (2011)
Miasto Zagubionych Dusz - Dary Anioła #5 (2012)
Mechaniczna Księżniczka - Diabelskie Maszyny #5 (2013)
Kroniki Bane'a - zbiór opowiadań (2013/2014)
Miasto Niebiańskiego Ognia - Dary Anioła #6 (2014)
Opowieści z Akademii Nocnych Łowców - zbiór opowiadań (2016) 
Pani Noc - Mroczne Intrygi #1 (2016)
Lord of Shadows - Mroczne Intrygi #2 (Maj 2017)
The Lost Book of the White - The Eldest Curses #1 (koniec 2017/początek 2018)
Chain of Gold - The Last Hours #1 (2018)
The Queen of Air and Darkness - Mroczne Intrygi #3 (2019)
The Black Book of the Dead - The Eldest Curses #2 (2019)
Chain of Iron - The Last Hours #2 (2020)
The Red Scrolls of Magic- The Eldest Curses #3 (koniec 2020)
Chain of Thorns - The Last Hours (2021)
The Wicked Powers : brak daty (trylogia)

Oczywiście, książki Clare można czytać także w porządku chronologicznym według czasu w jakim dzieje się dana historia. Jednak eM nie podejmie się rozpisania tej możliwości - prawdopodobnie poległaby przy trzecim opowiadaniu z Kronik Bane'a. A raczej próbie jego zakwalifikowania czasowego. 

Co wybierzecie? To zależy od Was. Może przez przypadek zaczęliście w środku całej tej historii, może nie mogliście się przekonać do Darów Anioła, może akurat wpadła Wam w ręce Pani Noc?
Hej, to nie oznacza, że nie możecie przeczytać pozostałych. Po prostu musicie zmienić do nich nastawienie. A raczej być czujnym, bo w świecie Nocnych Łowców wszystko się ze sobą łączy. 

Źródła, które zostały wykorzystane przy pisaniu tekstu: TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. I pamięć eM. 

eM w książkach siedzi już od tylu lat, że powinna się w końcu nauczyć, żeby nie marnować czasu na książki, które maja przepiękne ok...


eM w książkach siedzi już od tylu lat, że powinna się w końcu nauczyć, żeby nie marnować czasu na książki, które maja przepiękne okładki. I których autorki jedną książką przekreśliły wszystko co budowały przez dwie poprzednie części a przy okazji zniszczyły kreację najlepszego bohatera wciskając w ową książkę narrację z jego perspektywy. Nie wypominając, że poprzednio owa autorka wybiła się tworząc historię, która w pewnym stopniu nawiązywała do obowiązujących trendów. 
Oczywiście mowa tu o Veronice Roth i Niezgodnej.

I  tak oto płynnie możemy przejść do głównego punktu tej wypowiedzi.
Naznaczeni śmiercią nie wyróżniają się niczym szczególnym. Cała ten pomysł na historię jest przeciętna.

Sam pomysł na skupieniu się na relacji głównych bohaterów pochodzących z narodów, które się nienawidzą, a sami bohaterowie są wobec siebie nierówni (jedno jest sługą drugiego), może i byłby ciekawy. Gdyby nie to, że już wcześniej podjęła się tego Marie Rutkoski i wyszło jej to o dużo lepiej.
Przez co eM co chwilę zastanawiała się, czy zwariowała (nie tym razem), czy może jednak już wszystko się zgadza, bo już coś podobnego czytała.

Najpoważniejszym zarzutem, który eM może postawić Naznaczonym śmiercią, jest to w jaki sposób został zbudowany świat. Okej, wiemy, że rzecz dzieje się w kosmosie, że mamy narody, które się nie lubią i że jest COŚ (nazywane Nurtem) co jest super ważne, super magiczne, ale nie ma żadnych konkretów, żeby przypadkiem nic nie było interesujące. No i oczywiście mamy wątek przeznaczenia, bo dorzucenie Wybrańców w młodzieżówce zawsze się musi sprawdzić.

O wywracanie oczami przyprawiało eM zachowanie bohaterów. Możecie wierzyć lub nie, ale eM naprawdę chciała podejść do tej historii bez uprzedzeń (w końcu to Roth zrobiła z Cztery to co zrobiła). Dostajemy bohaterkę (Cyrę), która miała chyba należeć do klubu silnych i niezależnych dziewczyn w YA, niestety coś nie wyszło i już po chwili podejmuje decyzje, które zaprzeczają temu, że Cyra kiedykolwiek myślała logicznie. Szaloonoki Moody byłby zawiedziony. 

Natomiast o Akosie, nawet trudno jest coś napisać, bo chociaż pojawiło się kilka rozdziałów pisanych z jego perspektywy, to eM nic o nim konkretnego napisać. Znowu pojawia się problem rozróżnienia perspektyw (męskiej i żeńskiej) przez Roth. Gdyby eM nie czytała napisów na początku rozdziałów (no dobra, czasami tego nie robiła), byłaby jeszcze bardziej zagubiona niż była. 

I jeżeli myślicie o tym, o czym eM myśli, że teraz myślicie po opisaniu przez nią dwójki głównych bohaterów to macie rację. Logiki w tym nie widać, ale istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś musi się wybrać do okulisty. 

Trudno określić, czy jest to kwestia tłumaczenia, czy tego, że eM czytała Naznaczonych śmiercią od pewnego momentu dość szybko (bo chciała przejść do lektury czegoś ciekawszego, na przykład A Conjuring of Light), ale to co się działo, wydawało jej się bardzo... Urywane? Raz jesteśmy w jednym miejscu, kolejny rozdział - zupełnie inna sytuacja. Żeby nie było - podejrzenia dotyczące przysypiania zostały oddalone. Trochę szkoda, że Roth tak to wszystko poprowadziła, bo eM nawet nie jest pewna, ile lat mają bohaterowie i ile czasu minęło od poszczególnych wydarzeń. 

Ale najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że Naznaczeni śmiercią są książką nijaką. Owszem posiada wszystkie znane nam wady młodzieżówek, ale to nie było na tyle złe, żeby rzucić książkę w kąt i do nigdy do niej nie wracać. Ba! Dla kogoś, kto jeszcze dużo nie czytał, może się ona okazać całkiem dobrą lekturą. Niestety eM to nie przekonało. 

Naznaczeni śmiercią, są kolejnym przykładem książki, o której jest głośno tylko i wyłącznie ze względu na przepiękną okładkę, na której widnieje nazwisko znanej autorki. Nie popełnijcie błędu eM. Chyba, że nie przeszkadza Wam poświęcanie czasu na kolejną historię o której szybko zapomnicie. 

A jeżeli macie ochotę na historię w tym stylu, eM serdecznie poleca Pojedynek (i pozostałe części) Marie Rutkoski. A jak je kupicie, to może w końcu ktoś wyda ostatnią część po polsku (eM chociaż czytała w oryginale, to nadal trzyma miejsce na półce na The Winner's Kiss). 

Kanon ( z ang. canon ) - w rozumieniu fandomu, zbiór wszystkich faktów, które zostały udostępnione przez twórcę danego dzieła i które s...



Kanon (z ang. canon) - w rozumieniu fandomu, zbiór wszystkich faktów, które zostały udostępnione przez twórcę danego dzieła i które są traktowane przez jego odbiorców jak świętość. Możemy wyróżnić kanon-który-trudno-obalić pochodzący bezpośrednio z dzieła (z książki, odcinka serialu, filmu) oraz kanon-który-jak-zdejmiemy-okulary-to-możemy-go-przeoczyć (wywiady z twórcami, spotkania z fanami, wypowiedzi twórców w social media)

Tak, tak. Dzisiaj będziemy rozmawiać o tym, co zrobić, kiedy twórca twierdzi, że powinniśmy pogodzić się z tym, że z naszymi kochanymi bohaterami (lub zasadami rządzącymi światem) stało się coś bardzo dziwnego, co odbiega od poprzednich zachowań bądź informacji otrzymanych przez nas na ten temat. 


W takim momencie istnieją dwie możliwości:
  • trzeba zaakceptować to, że nic w tym świecie nie jest idealne i uznać nowe informacje za część kanonu,
  • wyprzeć się i zapomnieć o istnieniu kanonu. 

W przeciągu ostatniego roku eM miała wątpliwą przyjemność bycia w takiej sytuacji (Przeklęte dziecko, Sherlock 4), dlatego podzieli się z Wami kilkoma pomysłami jak ją przetrwać. 

Pierwszą rzeczą, której możecie spróbować, jest próba zapomnienia o tym, że kiedykolwiek mieliście styczność z tym dziełem. Wiecie, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dodatkowo, warto używać argumentu dotyczącego niewypowiadania się o czymś, czego się nie widziało, kiedy ludzie próbują wciągnąć Was w konwersację na ten temat. 

By unikać tego tematu, warto informować na każdym kroku swoich znajomych (żeby przypadkiem nie zapomnieli jaki jest Wasz stosunek do dzieła), że jeszcze nic nie widzieliście i że mają nawet nie myśleć, o najmniejszym nawet spoilerowaniu. Przy czym trzeba uważać, bo znajomi potrafią być złośliwymi bestiami, które będą próbowały uprzykrzyć Wam życie. 

Tak może wyglądać eM, kiedy nie zgadza się z kanonem

Jeżeli nie zgadzacie się z tym, co się stało w książce lub serialu, zawsze możecie przeprowadzić dogłębną analizę kanonu przed i po, której wyniki pozwolą stwierdzić, że dzieło wcale nie jest prawdziwą częścią kanonu, a jedynie żartem twórcy, który prawdziwą wersję wypuści w najmniej oczekiwanym momencie. Popatrzcie tylko na fandom Sherlocka

Zawsze można znaleźć też jakiś argument, który pozwoli na stwierdzenie, że dzieło jest swego rodzaju fanfiction. Na przykład twórca miał niewielki wpływ na to dzieło, albo użyczył swojego świata komuś innemu. A przecież wszyscy wiedzą, że fanfiction nie może być kanonem, prawda? eM patrzy na ciebie, Przeklęte Dziecko

Ekstremalna wersja, dla ludzi z dużą kasą pod ręką: wykupcie prawa do świata, obalcie stary kanon (no dobra, chodzi bardziej o obalenie tego, co Wam się nie spodobało) a na jego miejsce stwórzcie nowy (ewentualnie może być oparty na starym, bo przecież nie wszystko musiało być złe, prawda?). Chyba eM nie musi podawać przykładu. 

Zawsze też możecie spróbować przenieść się w czasie i zapobiec stworzeniu dzieła przez twórcę. Że niby nie da się podróżować w czasie? Jeżeli macie tak ważną misję, na pewno dacie radę obejść taki problem. 

A jeżeli nie chcecie ingerować w proces twórczy, żeby nie wyszło coś jeszcze gorszego (czyli jeżeli jesteście pesymistami), możecie się przenieść w czasie i zapobiec zapoznaniu się z dziełem przez Was samych. Proste? Proste. A skoro jesteśmy znowu w temacie zapominania, to wiecie, amnezja to sposób na zapomnienie. Istnieje jednak ryzyko, że sobie przypomnicie. Albo znowu się zetkniecie z dziełem. 
Tak wyglądałaby rozmowa niezadowolonych fanów z twórcami kanonu.

Spróbujcie sprawdzić, czy na pewno nie śpicie. Koszmary potrafią przybierać różne formy, a kanon, który poszedł w złym kierunku może być przerażającym koszmarem. Albo pomyślcie sobie, że to był tylko sen bohatera, który nie potrafi rozróżnić tego co się dzieje naprawdę od marzeń sennych (punkt dla Was: dzięki temu możecie się zgadzać z częścią wydarzeń!).

Jeżeli informacja wyszła od twórcy w czasie wywiadu, w mediach społecznościowych lub na spotkaniu z fanami, zawsze możecie stwierdzić, że nie uznajecie kanonu, który nie pochodzi bezpośrednio z dzieła. Trudność polega na tym, że powinniście się wyprzeć takiego kanonu w całości, bez żadnych wyjątków, żeby sprawiać wrażenie osoby, która wie co robi. 

Przy negacji kanonu, przydaje się grupa wsparcia (razem zawsze raźniej!), której członkowie mają problem z nowościami w kanonie. Dzięki temu będzie Wam łatwiej przekonać cały fandom, że pewne elementy tak naprawdę nie istnieją. Warto po cichu rozprowadzać informacje o innych elementach kanonu, tak, żeby nikt już nie wiedział co jest kanonem, a co kanonem danej osoby (headcanon). 

A Wy? Jaki macie stosunek do kanonu? Jesteście jego strażnikami, którzy kręcą nosem na każde odstępstwo, czy traktujecie go luźno? Co robicie, kiedy widzicie, że twórców poniosło i nie zgadzacie się z tym co się stało?

[Zwiastun] Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji ( a potem cały worek ważnych nagród ). Wszyscy chcą je zobacz...

[Zwiastun]
Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji (a potem cały worek ważnych nagród).
Wszyscy chcą je zobaczyć (no bo przecież to musi być dobre!), wszyscy (no dobra, prawie wszyscy) nastawiają się na coś wspaniałego (no bo przecież musi takie być!), a potem wszyscy (no wiecie, co o eM chodzi) zastanawiają się, czy na pewno oglądali ten sam filmy co krytycy. 

A przynajmniej takie odczucie bardzo często towarzyszy eM. 
Dlatego, kiedy pojawia się film, który szturmem zdobywa uznanie i wszystkie nagrody, eM jest podejrzliwa. Nawet bardzo. Szczególnie, że przez takie zamieszanie, jej oczekiwania rosną. 

Całe szczęście, jakimś dziwnym trafem, eM dowiedziała się o istnieniu La la land, na jakiś czas przed tym całym Hej, zdobyliśmy 7 Złotych Globów i mamy 14 nominacji do Oscara. 

I chociaż eM miała swoje obawy, że znowu nie zrozumie o co to całe zamieszanie, tym razem było to niepotrzebne. 

eM jest kupiona. 
Okej, może i to nie jest film na miarę tych wszystkich nagród, ale jest przecudowny.
I uroczy. 

Prawdopodobnie tak wyglądała eM opowiadająca o filmie zaraz po seansie.

Zacznijmy od tego co widać od razu. 

La la land jest pięknym filmem. 
Od samego początku czuć, że twórcy chcieli nawiązać do klasyki kina i to się im udało (a przynajmniej na tyle na ile eM kojarzy klasykę kinową)

Ba! Zauważyliście, że nawet najnowsze osiągnięcia technologiczne są ograniczone do niezbędnego minimum. Nie ma mediów społecznościowych. Nie ma wielkich kompleksów filmowych. 

Szerokie ujęcia, klimatyczne miejsca, zabawa kolorami - to wszystko spowodowało, że eM czuła się, jakby na jej oczy nałożono balsam.

No dobrze, oprócz momentów, gdzie ewidentnie było widać, że aktorzy pracowali na zielonym ekranie. To bolało, ale nie było tego tak dużo, żeby popsuło wrażenie o całym filmie.

Przy okazji: jeżeli ktoś wie, gdzie znaleźć sukienki w stylu tych, które nosiła Mia to dajcie znać. Koleżanka szuka. No i eM może też. 

Przypadek? No chyba nie!

Piękny obrazek dopełnia gra Emmy Stone i Ryana Goslinga, bo nie ukrywajmy, La la land jest ich filmem. Owszem, w tle przewijają się inni bohaterowie, ale są wręcz niezauważalni.

To może być też kwestia chemii między nimi, bo nie da się zaprzeczyć, że ją mają. W końcu nie graliby razem w tylu filmach (trzech?) gdyby jej nie mieli. Po za tym, powiedzmy sobie szczerze dobrze jest na nich popatrzeć. Szczególnie, kiedy scenografia w tle też jest ładna.

W tym momencie, eM chciałaby doprecyzować jedną sprawę: La la land nie jest typowym musicalem. Chociaż mogłoby się tak wydawać po wszystkich opisach i pierwszej scenie (która, jak się potem okazuje idealnie odzwierciedla to co się wydarzy w filmie. No dobra, nie ona, a piosenka w niej, ale łapiecie o co chodzi). Piosenki ( i muzyka w ogóle) są ważnym elementem, ale nie jest ich jakoś szczególnie dużo. I jeżeli eM ma być z Wami szczera, to dopiero po przesłuchaniu piosenek w domu udało jej się do nich przekonać w stu procentach, bo w kinie bardzo nie pasował jej do tego wszystkiego głos Goslinga.

Ale jak już wpadły eM w ucho, to trudno było jej się od nich uwolnić.   

Przykład odpowiedniej motywacji

To może w końcu eM napisze o czym tak naprawdę jest La la land

To historia, którą słyszeliście lub widzieliście już wiele razy. Serio. Nic odkrywczego. 
Dwoje ludzi, którzy mają marzenia, żeby zaistnieć w świecie filmu i muzyki, jednak życie ciągle stawia im kłody pod nogi. Aż tu pewnego dnia, przypadkiem się spotykają. I chyba eM nie musi Wam opowiadać co było dalej. Droga do sławy nie jest łatwa, a marzenia nie spełniają się ot tak. 

Jednak jest coś, co powoduje, że historia różni się od tego co mogliście już widzieć, a jest to zakończenie. Szczerze powiedziawszy, eM od dawna nie widziała tak dobrego zakończenia  tak przewidywalnej historii. 

Bo historia w połączeniu ze scenografią, wyglądem aktorów, muzyką i śpiewem mogła być przesłodzonym, kiczowatym tworem. Tak się nie stało. Dostaliśmy historię, która mimo swoich kolorów, mimo pięknych obrazów pokazuje nam, że czasami trzeba dokonać wyboru, który zaważy na naszym dalszym życiu. 

Czy La la land zasługuje na te wszystkie nominacje i nagrody?
eM się powtórzy i napisze, że ten film jest przeuroczym filmem, do którego będzie można wracać w długie, ponure jesienne wieczory. Zrozumiałaby gdyby dostał kilka nagród, jednak to co się dzieje? To trochę za dużo. 

Przez to ludzie nastawiają się na coś, co spowoduje, ze spadną im kapcie z nóg (a raczej buty? bo chyba nikt nie chodzi w kapciach do kina). Zamiast spróbować poczuć klimat i zobaczyć co będzie się działo, próbują zrozumieć czemu ten film otrzymał tyle nagród i nominacji. I kiedy tego wyjaśnienia nie znajdują, są rozczarowani. Nic dziwnego. 

eM się podobało. Dawno nie widziała tak uroczego, dobrze zrobionego filmu. 
Jeżeli jeszcze go nie widzieliście, nie dajcie się ponieść oczekiwaniom. Spróbujcie podejść do seansu z otwartą głową. 

Wszystkie GIFy, które widzieliście, możecie znaleźć TUTAJ

Fandom oszalał. Może to nie jest najlepsze określenie dla fandomu, który nigdy zbyt normalny nie był ( eM to z miłością pisze!) , ale ...


Fandom oszalał.
Może to nie jest najlepsze określenie dla fandomu, który nigdy zbyt normalny nie był (eM to z miłością pisze!), ale powiedzmy sobie szczerze, chyba żaden fandom nie jest. Jednak to co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku dni wśród osób przyglądających się przygodom jedynego na świecie Detektywa- konsultanta Sherlocka Holmesa i jego najlepszego przyjaciela doktora Johna Watsona w wersji duetu Mofiss (Steven Moffat i Mark Gatiss), sprawiło, że fandom stał się jeszcze dziwniejszy. 

I żeby była jasność: to nie jest opinia eM o czwartym sezonie. To próba poukładania tego wszystkiego, co wydarzyło się w przeciągu ostatniego tygodnia (no może trochę więcej). Tylko wiecie, eM zakłada, że oglądaliście cały czwarty sezon albo nie straszne Wam możliwe spoilery.

Ale zacznijmy od początku.

W dzisiejszym poście towarzyszyć nam będzie Moriarty.
eM wie, że się stęskniliście. 

Chyba trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzyłby Sherlocka w wykonaniu BBC. Nawet nieważne, czy ktoś go oglądał.
Wiecie to ten serial, który pojawia się raz na kilka lat, a w sezonie ma tylko trzy odcinki.
Dodatkowo, jego widzowie zostali przyzwyczajeni do tego, by tak jak główny bohater doszukiwać się we wszystkim wskazówek. Tylko w odróżnieniu od Sherlocka (no dobra, może nie zawsze), czasami szukają dziury w całym.

Problem w tym, że czekanie na kolejne sezony powodowało wzrost oczekiwań. Nic w tym dziwnego. To chyba normalne, że im dłużej na coś czekamy, tym większą mamy nadzieję, że będzie to coś dobrego, a w przypadku Sherlocka coś, co pozwoli zobaczyć jak wszystko było dokładnie zaplanowane od początku do końca, przez co trzeba będzie owinąć się w szok-kocyk i próbować zrozumieć jak można było tego nie przewidzieć, bo przecież wskazówki były takie oczywiste!

Rok czy dwa, dało się jeszcze wytrzymać.
Jednak trzy lata oczekiwania na czwarty sezon (eM nie wlicza odcinka specjalnego!) spowodowały, że ludzie zaczęli tworzyć własne teorie, których część, była krótko mówiąc naprawdę dobra.
Co z kolei spowodowało, że oczekiwania co do tego co wymyślili twórcy Sherlocka wzrosły jeszcze bardziej. Bo część osób myślała, że doskonale wie, co się wydarzy.


Tak miał wyglądać fandom po czwartym sezonie...
Przez pierwsze dwa odcinki nie było źle.
Oczywiście, każdy inaczej je odebrał, ale już wtedy pojawiały się głosy, że to już nie jest to. Ale ludzie cały czas mieli nadzieję, że wszystko nabierze sensu w trzecim odcinku, tak jak to zwykle było w poprzednich sezonach.

Szaleństwo zaczęło się, kiedy w internety poszła informacja, że wyciekł ostatni odcinek czwartego sezonu Sherlocka. Z rosyjskim dubbingiem.
Co od razu skierowało wnikliwe mózgi na powtarzaną w kilku odcinkach informację, że nadchodzi wschodni wiatr. Wiecie. Że niby odcinek wyciekł z Rosji, że idzie od wschodu, to pewnie coś jest na rzeczy.

Szczególnie, że ludzie, którzy mieli możliwość (chodziło przede wszystkim o znajomość języka) obejrzenia go, powiedzieli jasno: to niemożliwe, że coś tak słabego może być ostatnim odcinkiem Sherlocka. O czym po kilkunastu godzinach mogło przekonać się jeszcze więcej ludzi, kiedy wyciekła wersja z oryginalnym dźwiękiem z tureckimi napisami.

Nie jeden, a dwa wycieki w ciągu kilkudziesięciu godzin? Może i coś takiego się zdarza, ale najdziwniejsze było podejście twórców, którzy na Twitterze i na oficjalnym fanpage'u napisali o tym.
eM nie wie jak wy, ale zazwyczaj jak coś wyciekło, to dowiadywała się tego z fanowskich źródeł, a twórcy co chwila próbowali to ściągnąć z internetu (z mniejszym lub większym skutkiem, ale było widać, że COŚ robią) przy okazji starając się nie rozpowszechniać informacji.

W międzyczasie fandom przypomniał sobie o podkreślonym przez Sherlocka stwierdzeniu w drugim odcinku czwartego sezonu: Ludzie przestają szukać po trzech. Wtedy naprawdę dużo osób było przekonanych, że odcinek, który wyciekł nie jest prawdziwym odcinkiem. Że prawdziwe zakończenie zobaczymy dopiero wtedy, kiedy Sherlock będzie miał oficjalną premierę ma BBC One.

Szczerze powiedziawszy, eM naprawdę chciała w to wierzyć, bo siedzący w niej mały marketingowiec już widział piękny przypadek promocji do opisania, ba! eM już widziała siebie w poniedziałek, rozmyślającą o tym, czy może jednak trzeciej pracy magisterskiej nie napisać w oparciu o kampanię Sherlocka.

Czekanie na premierę Ostatecznego Problemu

Niestety, twórcy nie byli tak genialni, jak chcieliby niektórzy.
Odcinek, który wyciekł, był tym który można było obejrzeć w telewizji.

I wtedy zaczęło się naprawdę.
eM wie, że są osoby, którym sezon czwarty się podobał i nie mają nic przeciwko temu, żeby teraz spokojnie czekać na kolejny sezon (który i tak nie jest pewny).

Spora część jednak ma odmienne zdanie na ten temat. Do tej grupy zalicza się eM.
The Final Problem był dla eM zbieraniną ledwo połączonych ze sobą scen, która w żadnym wypadku nie wyjaśniła tego, co miała wyjaśnić. A podobno to dzięki temu odcinkowi, pierwszy odcinek (który też nie powalał na kolana) miał nabrać sensu.

Ba! Twórcy zapewniali, że jeżeli uda im się zrobić to co mają w planach to przejdzie to do historii telewizji.
eM się pyta, do jakiej historii ma przejść Ostateczny Problem

Przykład przechodzenia do historii

Dlatego w ciągu ostatniego tygodnia powstało więcej teorii, niż w przeciągu tych trzech lat oczekiwania na czwarty sezon.

I nie powinno nikogo dziwić, że wszystkie teorie opierają się na tym, że istnieje zaginiony, czwarty odcinek, dzięki któremu wszystko się wyjaśni.
Dlaczego? eM nie chce tutaj wchodzić w szczegóły, bo o wszystkich teoriach najlepiej poczytać samemu (eM służy linkami! I poleca tumblr). Jednak jest coś, co powtarza się dosyć często: a co jeśli luki fabularne i szeroko rozumiany brak wyjaśnień jest spowodowane tym, że to co się działo w The Final Problem było snem Johna Watsona, który został postrzelony na koniec drugiego odcinka? Czymś, czym dla Sherlocka była Upiorna Panna Młoda.

Brzmi nieźle? Tego jest dużo więcej.

eM doszła już do momentu w którym obstawia, że cały trzeci i czwarty sezon to historia opowiedziana przez Andersona, bo Sherlock skoczył i nie wrócił (btw, wiecie, że nadal nie mamy informacji co się tak naprawdę stało?). 

A jeżeli wszyscy są nastawieni na odcinek, to kiedy mógłby się pojawić?
Jest kilka opcji.

Na przykład istnieje opcja, że dzisiaj, premierę nowego serialu na BBC One (Apple Tree Yard, do którego tytułu fani Sherlocka też znaleźli nawiązania) przerwie Moriarty ze specjalnym komunikatem, po którym pojawi się ostatni odcinek.

Kolejny wyciek? To też jest prawdopodobne.
Tak samo jak to, że pojawi się jako dodatek na DVD (chociaż wieść niesie, ze część osób ma już DVD i nic nowego na nim nie ma).

Najciekawszą teorią, jest nowy odcinek 8 marca, czyli wtedy, kiedy miał się rozpocząć serial, którego reklamę można było zobaczyć w The Lying Detective. Rouge ma mieć premierę właśnie tego dnia, a jego hasłem promocyjnym jest THE SECRET WILL BE UNLEASHED. 

Przypadek? eM nie wie jak Wy, ale tu naprawdę może być coś na rzeczy.
Szczególnie, że po ostatnim odcinku, znowu pojawiła się wiadomość od Moriarty'ego.
Co najciekawsze, znowu wyglądał tak jak na filmiku z Miss me, a nie tak jak na filmach dla Eurus (Euros? Jak się ona w końcu nazywa?).
Jim, co ty kombinujesz?

eM aż nie chce się wierzyć, że ludzie, którzy umieścili wycinek z gazety o Cereal Killerze w The Empty Hearse, przestali dbać o szczegóły.

... a teraz fandom wygląda tak.
Ale wiecie co? 
eM nie zdziwi się również, jeżeli to wszystko będzie szukaniem dziury w całym fanów, którzy chcieliby wierzyć, że Ci, którzy tworzyli wspaniałe historie w poprzednich sezonach, nadal mają plan na Sherlocka. Że te nieścisłości czy brak wyjaśnień był zaplanowany i teraz wystarczy poczekać na nowy odcinek, żeby wróciła w nich wiara. Czy to w zagubionym odcinku, czy w piątej serii. 

Sam pomysł istnienia czwartego, specjalnego odcinka Sherlocka wydaje się być idealnym pomysłem dla tego serialu, szczególnie, jeżeli naprawdę twórcy zostawili widzom wskazówki dotyczące jego istnienia (a przy okazji, chwalili się, że trzeci odcinek kosztował dwa razy więcej niż zwykle i kręcili go dłużej). A jeżeli już się pojawi, to eM coś czuje, że jego zapowiedzią będzie pojawienie się naszego ulubionego Kryminalisty- Konsultanta

Bo w końcu ktoś musi nas o tym fakcie poinformować, a kto jak nie Moriarty? 

Jednak eM, pomimo obserwowania teorii, stara się nie nastawiać. Bo jeżeli zostaniemy z tym co już widzieliśmy, to będzie bolało. I chyba lepiej już zacząć sobie z tym radzić już teraz. 

eM ma nadzieję, że jeszcze będzie miała okazję zobaczyć Moriarty'ego.
Nie zdziwi się, jeżeli stanie się to niedługo.
Nie zdziwi się, jeżeli będzie musiała na to długo poczekać.
A Wy co myślicie?  Czy istnieje czwarty odcinek czwartej serii?
Macie swoje ulubione teorie?

eM ma nadzieję, że wszyscy już czytali pierwszą część jednej z najlepszych książek 2016 roku? Nie? To na czekacie? TUTAJ macie link do o...

eM ma nadzieję, że wszyscy już czytali pierwszą część jednej z najlepszych książek 2016 roku?
Nie? To na czekacie?
TUTAJ macie link do opinii eM. 

Kiedy eM czyta kolejną część serii, która do tej pory spełniła wszystkie jej wymagania a nawet więcej, odczuwa niepokój. Tym większy, im więcej czasu upłynie pomiędzy odłożeniem poprzedniej części a rozpoczęciem lektury następnej. 
Nawet jeżeli od razu, radośnie sięgnie po następną część, to gdzieś w otchłani mózgu czai się przeczucie, że już po kilku stronach może się okazać, że autor lub autorka zaprzepaścili wszystko, co stworzyli do tego momentu. 

Wiecie o co chodzi, prawda? 
Więc pewnie ucieszycie się, kiedy eM Wam napisze, że w przypadku Crooked Kingdom tak nie jest. 

Dlatego, jeżeli jeszcze nie czytaliście Szóstki Wron, idźcie to naprawić, eM na Was poczeka (a raczej jej post). Całą resztę zaprasza dalej. Poniżej eM wspomina trochę o tym co się działo w poprzedniej części.

Serio, serio.

Tak mogła wyglądać eM czytając niektóre fragmenty.

Akcja rozpoczyna się zaraz po zakończeniu tej z Szóstki Wron, dlatego jeżeli macie taką możliwość - postarajcie się czytać je jedną po drugiej - wtedy będziecie mieli wrażenie że czytacie jedną, bardzo długą książkę. A przecież długie, wciągające historie, to to, co mole książkowe lubią najbardziej, prawda? 

Kaz chce odzyskać swoje pieniądze i sprawić, że Jan Van Eck zapłaci (i to nie tylko o finanse tutaj chodzi). No i tak jakoś przy okazji na początku odbić Zjawę, bo przecież Inej będzie bardzo potrzebna (jest ZJAWĄ) w przeprowadzeniu planu i wcale a wcale Kazowi na niej nie zależy. Wcale.

Nie to żeby nawet jego ekipa mu nie wierzyła.

W Crooked Kingdom znowu dostaliśmy opowieść z perspektywy wszystkich najważniejszych bohaterów (znaczy całą szóstkę Wron). Tym razem dowiadujemy się trochę więcej o Wylanie i Jesperze. I dobrze, bo każda postać z tej ekipy jest tak ciekawa, że grzechem byłoby nie wykorzystać potencjału opowiedzenia historii którejś z nich.

Podobnie jak i w Szóstce Wron, akcja gna do przodu, jednak gdy tam wszystko zmierzało do prosto do jednego kulminacyjnego momentu tutaj pojawia się trochę więcej przeszkód z którymi bohaterowie muszą sobie poradzić.

A jak tam Wasze emocje? Jeżeli wydaje Wam się, że jesteście przygotowani na to, co się będzie działo w drugiej części to eM może Was wybić z błędu - nie ważne jak bardzo będziecie się starali przygotować, Wasze emocje zostaną zmiażdżone.
Zdeptane.

I nawet szok-kocyk nie pomoże.

Całe szczęście, znajdzie się też coś lżejszego. Przepychanki słowne i rozmowy miedzy Kazem a Resztą Świata znowu stoją na najwyższym poziomie. Można sobie radośnie kwiknąć, można zapisać i wykorzystać w przyszłości (co eM ochoczo zrobiła).

Leigh Bardugo po raz kolejny pokazuje, że świat nie jest czarno-biały, a czytelnicy uwielbiają postacie, które w innej historii mogłyby z powodzeniem zastąpić Czarne Charaktery (ewentualnie Tych Złych).

To właśnie w w Crooked Kingdom, eM zauważyła pewne podobieństwo historii do Sherlocka (serialowego z BBC oczywiście). Na początku myślała, że to kwestia postaci. Sherlock i Kaz nie przepadają za ludźmi, mają własne ekipy, które niby ich nie lubią, a jednak może trochę ich lubią, i obaj mają jedną osobę, za którą daliby się pokroić (chociaż oczywiście trudno im się do tego przyznać). Po zastanowieniu się nad tym, doszła do wniosku, że bardziej chodzi o klimat przygody, swego rodzaju sprawy do rozwiązania, sposobu w jaki bohaterowie do niej dotarli (plan, plan, plan i jeszcze raz plan! I humor).

Duologia Szóstki Wron (chociaż Leigh powiedziała, że może kiedyś jeszcze wróci!) jest jedną z nielicznych historii, gdzie są wątki romantyczne, ale są w taki sposób wyważone, że w zupełności wystarczą. Na brawa zasługuje także relacja Inej i Niny - w końcu ktoś opisuje dziewczyny jako istoty, które potrafią się wspierać, a nie tylko walczyć ze sobą.

Podsumowując: przygotujcie swoje szok-kocyki, a wszystko będzie dobrze (a przynajmniej eM tak sobie powtarza)!
Jeżeli podobała Wam się Szóstka Wron, to Crooked Kingdom jest dla Was lekturą obowiązkową.

W Polsce, Crooked Kingdom ma zostać wydane przez Wydawnictwo MAG w marcu tego roku. 

Nikt nie zmusi eM do tego, żeby nazywała ten film Łotrem 1.  No chyba, że będzie miała akurat jakiś suchar pod ręką w tym temacie.  Tak ...

Nikt nie zmusi eM do tego, żeby nazywała ten film Łotrem 1. 
No chyba, że będzie miała akurat jakiś suchar pod ręką w tym temacie. 
Tak żebyście wiedzieli.
Tekst może zawierać śladowe ilości spoilerów. 

eM nie wie dlaczego to dopiero pierwszy post na jej blogu związany z Gwiezdnymi wojnami.
No dobra, może i nie wychowała się na nich, a pierwsze co pamięta to piękne sukienki Padme (niektóre rzeczy się nigdy nie zmieniają) w którymś z młodzieżowych magazynów (to chyba była Trzynastka. Ktoś kojarzy Trzynastkę?), ale jednak z jakiegoś powodu radośnie rezerwuje bilety na seans blisko premiery (to wcale nie ma nic wspólnego z tym, że dzięki temu nie musi się zastanawiać nad prezentem imieninowym dla PapyeM) a potem śledzi wszystkie możliwe teorie na tumblrze. 

Może to kwestia tego, że gdzieś w głębi przyzwyczaiła się do tego, że Gwiezdne wojny, to dobra rozrywka, gdzie księżniczki (i nie tylko!) potrafią dbać o swoje (chociaż czasami przydaje się ktoś do pomocy), mamy urocze, niezniszczalne droidy, stormtrooperzy nigdy nie trafiają w bohaterów, a jak coś nie wyjdzie, to na pewno moc jest z nimi, więc nic strasznego się nie stanie, prawda? Jasne jest jasne a ciemne jest ciemne (i według niektórych ma ciasteczka)



Rogue One jest inne. Nic dziwnego, przecież od początku było wiadome, że będzie to historia zamykająca się w jednym filmie, która jedynie w pewnym stopniu będzie związana z perypetiami Skywalkerów i spółki. I to widać. 

Bajka się skończyła. Zaczęła się wojna. 
Po raz pierwszy w Gwiezdnych wojnach nikt nie jest bezpieczny. Stormtrooperzy zaczynają strzelać i ku zdziwieniu widowni - trafiają. Nagle nie ma bohaterów, są ludzie wykonujący rozkazy i problemy z tym związane. Czy na pewno Ci, których uznajemy za dobrych są bohaterami? 
No i Ci źli też niekoniecznie muszą być złem wcielonym. 

I właśnie z tego powodu, eM rozumie dlaczego krytycy zachwycają się Rogue One. Jeżeli chodzi o historię, to ma on wszystko to, czego można wymagać od filmu opowiadającego o wojnie, nawet jeżeli chodzi o taką mającą miejsce dawno, dawno temu w odległej galaktyce. 

Z drugiej strony, jest ogromny niedosyt, jeżeli chodzi o bohaterów. 
Było ich naprawdę wielu i o każdym z nich chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej. Niestety, właśnie przez to, że historia miała się zamknąć w jednym filmie (a raczej pokazać co się działo przed Nową Nadzieją) a bohaterów było tylu, że spokojnie starczyłoby materiału na kolejną trylogię, eM nie poczuła nich jakiegoś większego przywiązania. Chociaż ich naprawdę polubiła! 


Byli? Super. Byli ciekawi? Fajnie. Jak się nazywali? Eee...

Jeżeli chodzi o zakończenie, to z punktu widzenia tego, co się wydarzyło w Rogue One oraz tego, co miało się wydarzyć w Nowej nadziei, chyba nie można było wymyślić lepszego rozwiązania. Takiego, które zamyka wszystkie wątki, a zarazem chociaż pozostawia niedosyt, pozwala na zrozumienie, że tak musiało być. 

I chociaż to Gwiezdne Wojny, chociaż znowu mamy droida, którego chciałoby się dostać pod choinkę (K-2SO, gdyby ktoś się pytał, eM specjalnie sprawdziła!), mamy nawet sporo humoru w ponurych czasach, to Rogue One nie jest filmem dla dzieci. Jest mroczniej, 

Czy film o zdobyciu planów Gwiazdy Śmierci był dobry? Tak. 
Czy jest to film, który powinien zobaczyć każdy? Raczej jest to dobra historia dla ludzi, którzy już są zaznajomieni z Gwiezdnymi Wojnami tak, aby pokazać im, że nie wszystko we wszechświecie kręci się wokół Skywalkerów. 

Czy wiecie, że w Internetach chodzą słuchy, że Rogue One miało mieć inne zakończenie? 
Serio, serio. 

Myśleliście, że jak już rok 2017 trwa te kilka dni, to już uwolniliście się od postów podsumowujących poprzedni rok? Ha! eM Wam na ...



Myśleliście, że jak już rok 2017 trwa te kilka dni, to już uwolniliście się od postów podsumowujących poprzedni rok?

Ha! eM Wam na to nie pozwoli.

Od czego zaczynamy? Niech będzie od książek.
W tym roku eM nie udało się spełnić swojego planu minimum i przeczytać 52 książek, ale i tak jest nieźle, bo było ich 49.
Dla niewtajemniczonych, czytelnik intensywny według Biblioteki Narodowej, to taki, który w przeciągu ostatniego roku przeczytał co najmniej 7 książek. 
Nie ma co narzekać, w końcu liczy się jakość lektury, a nie jej ilość, prawda?




Jeżeli już przy tym jesteśmy, to eM chciała napisać, że nie było jednej książki, która zachwyciłaby ją tak, że mogłaby o niej napisać, że była najlepszą lekturą 2016 roku. Chociaż Szóstka Wron była bardzo blisko zdobycia tego tytułu. eM bardzo dobrze wspomina też lekturę książek kontynuujących serie Sarah J. Maas, czyli Empire of Storms oraz A Court of Mist and Fury (zanim stał się Dworem Mgieł i Furii). Nie zawiodła, a nawet trochę zaskoczyła Cassandra Clare z Panią Nocy, czyli pierwszą częścią kolejnej serii o przygodach Nocnych Łowców. No i nie mogłoby być podsumowania 2016 bez Historii Pszczół Maji Lunde (o której może eM w końcu napisze, bo była cudowna!).

O złych książkach, eM nie będzie pisała, bo chyba wszyscy już słyszeli o Przeklętym Dziecku Harry'ego P. 



Serialowo rok 2016 upłynął eM na próbach wmówienia sobie, że Shadowhunters wcale nie są tak źli jacy są naprawdę. eM stara się o tym nie myśleć.
W zeszłym roku eM z bólem serca musiała się pożegnać z Agentką Carter, która nie została przedłużona. Za to próby definitywnego pożegnania się z Pamiętnikami Wampirów spełzły na niczym, ale Oryginalni cały czas trzymają dobry poziom. Największe odkrycie? Serial, który ma w sobie wszystko to co kocha eM: ładnych panów, ładne sukienki i świetny, historyczny klimat. Mowa oczywiście o Victorii (opinii o niej też możecie się spodziewać!).

Jeżeli chodzi o muzykę, to rok temu o tej porze eM maltretowała nową płytę Adele. Potem przyszedł Dawid Podsiadło, a następnie eM przeprosiła się z Nate'em Ruessem i w końcu zakochała się w jego solowej płycie.
Jeżeli powiedzielibyście eM rok temu, że spędzi kilka tygodni na uczeniu się tekstów piosenek z musicalu o jednym z ojcu założycieli Stanów Zjednoczonych, to wiecie co by zrobiła? Tak, macie rację! Chociaż eM może nigdy nie zobaczyć musicalu, to sam soundtrack był dla niej płytą roku. Teksty, które świetnie pasują do historii, a zarazem są tak aktualne obecnie? Lubicie takie? To wiecie co możecie zrobić. Poszukajcie Hamiltona.
A jeżeli ktoś chce zobaczyć, czego eM słucha, kiedy nie maltretuje płyt, to może rzucić okiem na Muzyczny Spam eM, pojawiający się na blogu w momencie, kiedy eM musi się z kimś podzielić tym co znalazła.



Najsłabiej z tego wszystkiego prezentują się filmy. Fakt, eM nie była na zbyt wielu, dlatego pewnie najlepiej wspomina trzy. Dziennik Bridget Jones 3, czyli najlepszy poprawiacz humoru ze świetną muzyką. Doctora Sherlocka Strange'a walczącego z Hannibalem. I najbardziej uroczą bandę po tamtej stronie ekranu. eM ma na myśli Niuchacza i spółkę, a nie Newta i jego znajomych, żeby było jasne!

Jeżeli chodzi o sprawy blogowe, to w 2016 roku nadszedł ten czas, kiedy eM się poddała i pojawiły się na blogu dwa miesiące bez żadnego postu. Niby eM nie miała wtedy ani czasu ani ochoty (nawet nie wiecie jak eM była bliska skończenia z blogiem!) na blogowanie, ale jednak irytacja na własną głupotę pozostaje. Do części blogowej eM może zaliczyć też Krakowskie Targi Książki, prawda? Chociaż eM była dopiero drugi raz, czuła że widzi to samo co wcześniej. Co nie zmienia faktu, że się doskonale bawiła.

Czas się pochwalić. Poniżej największe osiągnięcie eM tego roku.
A przy okazji eM pokazuje swoją prawdziwą twarz.



Czy eM ma jakieś postanowienia na 2017 rok? Pewnie coś się znajdzie (może nawet jest ich sporo), ale lepiej, żeby o tym nie pisała, bo zazwyczaj, kiedy pisze o swoich planach, to nic z nich nie wychodzi.

Wszystko?
Chyba tak.

Teraz czas na Was. Dajcie znać co Wam się podobało w 2016 roku? Czekacie już na coś, co ma się pojawić w 2017? 

Jeżeli się nad tym dobrze zastanowić, to jedną z rzeczy, która łączą wszystkich fanów na świecie, nie ważne czego są fanami, jest czekan...


Jeżeli się nad tym dobrze zastanowić, to jedną z rzeczy, która łączą wszystkich fanów na świecie, nie ważne czego są fanami, jest czekanie. 
Czy to kilka dni na kolejny odcinek lub możliwość kupienia sobie kolejnej części serii, aż po kilka lat na premierę nowego sezonu lub książki ulubionego autora. 

A co robi czekanie z pamięcią? Powoduje, że część szczegółów ulega zatarciu. W najbardziej skrajnych przypadkach, zaczynamy się zastanawiać, czy coś się wydarzyło, czy to tylko powstało w naszej głowie. 

Sherlock jest tego doskonałym przykładem, dlatego eM postanowiła przypomnieć Wam głównych bohaterów, chwilę (naprawdę chwilę!) przed premiera czwartego sezonu. Żebyście nie musieli się zastanawiać, czy kojarzycie kto jest kim. 

Przewodnik po postaciach może być też dobrym miejscem dla osób, które nie oglądały poprzednich sezonów (czy tacy w ogóle istnieją? Jeżeli tak, to niech teraz idą to zmienić), nie boją się spoilerów i chcą obejrzeć najnowszy sezon. Bo wierzcie lub nie, eM się nie zdziwi, jeżeli tacy ludzie istnieją. 
O! Albo tacy, którzy chcą wiedzieć o czym mówią ich znajomi, a nie chce im się oglądać. Nie ma za co. 

Dlatego jeżeli jeszcze się nie zorientowaliście, poniżej będą spoilery
Może ich być dużo. Z trzech sezonów oraz odcinka specjalnego. 
Żebyście eM nie marudzili, że ostrzeżenia nie było! 


Sherlock Holmes


  • Detektyw - konsultant 
  • Gdyby ktoś miał wątpliwości, to macie przed sobą głównego bohatera serialu. 
  • Socjopata, który nie lubi być mylony z psychopatą. 
  • Posiada Pałac Pamięci w którym dzieją się dziwne rzeczy. 
  • Nie umie w popkulturę.
  • Jego motto życiowe: Wszyscy ludzie są idiotami.
  • Ikona stylu, jeżeli chodzi o okrycia wierzchnie. 
  • Bardzo często można go spotkać w pakiecie z Watsonem.
  • Nie rozumie kobiet bardziej, niż typowy mężczyzna. 
  • Niby nikt go nie obchodzi, ale kiedy skrzywdzicie kogoś z jego bliskich - uważajcie. 
  • Szybko się nudzi. 
  • Potrafi przeżyć upadek z wysokości.
  • Przechowuje części ciała w lodówce.

John Watson



  • Lekarz wojskowy.
  • (Nie tak) Typowy blogger.
  • Przez pewien czas mieszkał z Sherlockiem. 
  • Pomaga mu w rozwiązywaniu spraw. Czasami jest królikiem doświadczalnym.
  • Znany również jako sumienie Sherlocka.
  • Ma niespotykaną zdolność radzenia sobie z Sherlockiem. 
  • Kiedy Sherlock mówi, ma ochotę go uderzyć (i czasami to robi).
  • Prawdopodobieństwo spotkania przez niego psychopaty jest bardzo wysokie. 
  • Ożenił się z Mary Morstan. 
  • Wydaje mu się, że dobrze wygląda z wąsami. 
  • Nie goli się dla Sherlocka Holmesa.


Mary Watson (Morstan)



  • Żona Johna.
  • Największa fanka związku Sherlocka i Johna po tamtej stronie ekranu. 
  • Ma więcej tajemnic, niż Sherlock półek w Pałacu Pamięci.
  • Były szpieg (czy coś takiego istnieje?).
  • Prawdopodobnie nazywa się zupełnie inaczej. 
  • Postrzeliła Sherlocka, ale spokojnie, zrobiła to tak, żeby nie umarł. 
  • Połowa fandomu twierdzi, że ukrywa coś naprawdę starsznego. 


Mycroft Holmes


  • Starszy brat Sherlocka. 
  • Uważa, że to on jest najmądrzejszy. Sherlock potwierdza. 
  • Polityk, nie można mu ufać. 
  • Dba o linię. Całe szczęście nie widział swojego wyglądu z Pałacu Pamięci Sherlocka. 
  • Zawsze wygląda jakby coś kombinował. 
  • Jego ulubionym zajęciem jest konkurowanie z Sherlockiem
  • Nauczył się serbskiego w kilka godzin. 


Lestrade




  • Podobno ma na imię Greg (Sherlock ma co do tego inne zdanie).
  • Może mieć na imię również: Gavin, Graham, albo Geoff. 
  • Nie zajmuje się sprawami, które nie należą do jego obowiązków. 
  • Najlepsze, co ma do zaoferowania Scotland Yard.
  • Detektyw - Inspektor
  • Pierwsza osoba z policji, z którą kontaktuje się Sherlock, jeżeli już musi się skontaktować w policją. 
  • Kiedyś po telefonie od Sherlocka, zmobilizował kilka jednostek różnego rodzaju służb. Okazało się, że Sherlock potrzebował pomocy w napisaniu przemówienia na ślub Watsona. 
  • Za głośno myśli. 


Molly Hooper


  • Początkowo największa fanka Sherlocka po tamtej stronie ekranu. 
  • Lubi LUBI Sherlocka. 
  • Pracuje w kostnicy. 
  • Dostawca (nie tak) świeżych narządów do lodówki Sherlocka. 
  • W mężczyznach szuka Sherlocka. 
  • To ona poznała Detektywa-konsultanta z Złoczyńcą- konsultantem. Ona uważa, że przypadkowo, Moriarty ma na ten temat inne zdanie. 
  • Raz zastępowała Watsona u boku Sherlocka. Było świetnie! 
  • Coraz częściej mówi Sherlockowi NIE. 
  • Jedna z dwóch osób bliskich Sherlockowi, które go uderzyły. 
  • Pomogła w planowaniu życia po upadku. 


Mrs. Hudson



  • Wynajmuje mieszkanie Sherlockowi i Watsonowi. Potem już tylko Sherlockowi. 
  • Zdecydowanie nie jest gosposią! 
  • Druga, po Mary Watson największa fanka związku Sherlocka i Watsona. 
  • Ma patelnię i nie zawaha się jej użyć. 
  • Wszyscy kochają Panią Hudson. 
  • Zróbcie jej krzywdę, będziecie mieli do czynienia z Sherlockiem. 

Jim Moriarty



  • Ten zły.
  • Złoczyńca - konsultant.
  • Kochani, powinniście zobaczyć go w koronie.
  • Ma obsesję na punkcie Sherlocka prawie wielką jak fani serialu.
  • Wydaje mu się, że wszyscy się za nim stęsknili (dobrze mu się wydaje!).
  • Fan Stayin' alive.
  • Jeżeli dzieje się coś złego, to można podejrzewać, że Moriarty maczał w tym palce (nawet jeżeli nie wydaje się to możliwe
  • Ostatni raz widziano go bez części mózgu na dachu (zombie nie miały z tym nic wspólnego).

Jeżeli eM o czymś zapomniała - dajcie znać, z chęcią doda inne, ważne informacje o bohaterach. A może sami macie coś do dodania o postaciach o których nie wspomniała powyżej? 

Dla wszystkich, którzy czekają na rozpoczęcie czwartego sezonu Sherlocka - niech moc szok-koców będą z Wami!