Dobra, o ile chcecie się założyć, że druga część Mrocznych Intryg w polskiej wersji będzie miała tytuł Pan Cień ( ewentualnie Pan Cie...


Dobra, o ile chcecie się założyć, że druga część Mrocznych Intryg w polskiej wersji będzie miała tytuł Pan Cień (ewentualnie Pan Cieni albo Pan Cienia)?

Dla niewtajemniczonych: Lord of Shadows to druga część trylogii Dark Artificates (Mroczne Intrygi), która dzieje się w świecie Nocnych Łowców. Jeżeli nie znacie szczegółów, a chcielibyście je poznać, to zobaczcie post eM o kolejności czytania książek i serii składających się na Kroniki Nocnych Łowców

Teoretycznie Mroczne Intrygi opowiadają oddzielną historię, która nie wymaga znajomości poprzednich tomów. W praktyce, osoba która zaczyna swoją przygodę z książkami Cassandry Clare od Pani Nocy, może mieć problem z odnalezieniem się w tym świecie. Nie będzie też rozumiała zależności między bohaterami. I różnego rodzaju nawiązań do przeszłych (lub przyszłych?) wydarzeń.

Po trochę przydługim wstępie, eM chciałaby jeszcze raz przypomnieć, że to co przeczytacie poniżej będzie zawierało spoilery i to takie dotyczące Pana Cienia, dlatego jeżeli jeszcze nie czytaliście i nie chcecie się natknąć na jakąś wrażliwą informację - wróćcie jak już to zrobicie.

Wszyscy poinformowani?
Gotowi?

To zaczynamy!
Lord of Shadow jest niezłą cegłą. eM nie wie, czy Cassandra Clare wzięła sobie za punkt honoru pisanie coraz dłuższych książek o Ganiaczach Cieni, ale jeżeli tak jest, to czytanie końcowych części Kronik może być problematyczne. Nie mówiąc już o polskim wydaniu, które nadal prezentuje się w miękkiej, klejonej okładce, której eM boi się szerzej otworzyć, żeby nie grzbiet na tym nie ucierpiał, z tym to dopiero będzie problem przy ostatnich częściach.

Szczerze powiedziawszy (napisawszy?) eM czytała Pana Cienia już jakiś czas temu i część wydarzeń zatarła jej się w pamięci. Co z jednej strony nie powinno dziwić, z drugiej zaś - powinno dać do myślenia. Jeżeli po miesiącu musimy się mocno zastanowić co się działo, to albo zaczyna szwankować nam pamięć, albo nie działo się nic wartego zapamiętania.


Czyżby eM widziała jakieś figury geometryczne?

Tak jak to bywa z drugimi częściami trylogii, tak i tym razem na pierwszym planie pojawiły się relacje pomiędzy bohaterami. I tak, szczególnie relacje romantyczne. A dokładnie to relacje  między trzema grupami bohaterów. Część z nich (no dobra, większość) skupia się oczywiście na relacjach romantycznych.

Julian/Emma (bonus: Mark)
Nasza typowa (wręcz obowiązkowa!) para, która chciałaby być razem, ale nie może i dlatego przestaje się z sobą komunikować, co powoduje więcej złego niż dobrego. Osobno - jedne z najbardziej interesujących postaci. Razem - nie do zniesienia.
Jedyne ciekawe, wspólne momenty mieli w momencie, kiedy Mark udawał chłopaka Emmy.
Czy eM wspomniała już, że kocha Marka?

Mark/Cristina/Kieran (mini bonus: Perfekcyjny Diego)
Jeżeli chodzi o trójkąty w książkach młodzieżowych, eM zazwyczaj ma swoją ulubioną kombinację i częściej niż rzadziej okazuje się, że ma nosa do wyborów, bo kombinacja okazuje się zgodne z tym, co autor/autorka wymyśli dla swoich bohaterów. Do tej pory tylko trio z Diabelnych Maszyn spowodowało, że eM nie wiedziała kogo wybrać i chciała ich wszystkim razem w jednym miejscu, gdzie będą sobie radośnie żyli. Mark, Kieran i Cristina zmienili tę statystykę, teraz są już dwie takie kombinacje. Zachowują się jakby byli z innej epoki, komunikacja między nimi jest naprawdę słaba - ale eM chce, żeby byli razem. Na zawsze.

Ty/Kit/Livvy
W tym przypadku nie musimy się decydować kogo widzimy z kim (a raczej kogo widzimy z obowiązkowym Herondale'em). Po pierwsze dlatego, że Cassie się wygadała kto będzie głównym bohaterem The Wicked Powers, ale też ze względu na zakończenie Pana Cienia. Ale do tego wrócimy.
Zrobienie z tej trójki jednych z głównych narratorów powieści było bardzo dobrym pomysłem. Mamy dzieciaki, które walczą z nie tylko z własnymi problemami, niezrozumieniem, zbyt wielkimi oczekiwaniami ze strony innych, ale walczą także o przeżycie. I żyją w świecie, w którym sami muszą walczyć i zabijać. Plus nawiązania do Sherlocka - tego nigdy nie jest za wiele!

Przy okazji: po przeczytaniu Lord of Shadows, eM zaczęła mieć poważne wątpliwości, czy serie Cassandry Clare powinny być nazywane Kronikami Nocnych Łowców, kiedy to Magnus Bane co chwilę ratuje wszystkim tyłki. Nie inaczej było i tym razem, co z jednej strony ucieszyło eM (no bo to Magnus), a z drugiej strony lekko zirytowało (bo ile można, skoro Łowcy i tak zapominają słuchać się Bane'a). Niestety, nawet Magnus ma swoje ograniczenia o czym można się przekonać na samym końcu (powtarzajcie razem z eM: wszystko będzie dobrze, za dwa lata wszystko się wyjaśni - sam Magnus musi jeszcze przez co najmniej dwie (licząc jego własną serię to trzy) serie ratować tyłki Nocnym Łowcom. Prawda?)

Tak wyglądała eM za każdym razem,
kiedy pojawiały się nawiązania do innych książek o Nocnych Łowcach

W drugiej części Mrocznych Intryg wrócimy do Instytutu w Londynie - wszyscy, którzy są spragnieni poczują ducha (DOSŁOWNIE!) Diabelskich Maszyn. Dla wszystkich, którzy czytali serię o Nocnych Łowcach, która rozgrywała się w wiktoriańskich czasach oraz dla tych, którzy orientują się o czym będzie kolejna trylogia (The Last Hours), Cassie umieściła sporo nawiązań i niespodzianek, których trudno nie zauważyć. 

Jednak chyba warto byłoby porozmawiać o głównym wątku. 
Napięcie między Nocnymi Łowcami a Podziemnymi jest coraz większe. Oczywiście, część Ganiaczy Cieni będąca Ganiaczami Cieni, którzy nie potrafią się uczyć na błędach przeszłości (czy tak łatwo da się zapomnieć o Valentine i jego kręgu? A historii powszechnej to ich tam w Alicante nie uczą?) i chcą ograniczenia praw Podziemnych. 
Tak, tak. Lord of Shadows to kolejna książka w której możemy zaobserwować jak mała grupka fanatyków chce zdobyć władzę, żeby wprowadzić swoje rządy skierowane przeciwko tym, którzy są inni. I wiecie co? Nieważne w jakiej książce przedstawiony jest ten wątek - za każdym razem eM jest przerażona jak o nim czyta. 

Z innych wątków: 
- dowiadujemy się więcej o Unseelie Court (ktoś uratuje eM przypominając jakie jest polskie tłumaczenie?) 
- pojawił się motyw, który ułatwia życie autorom - przywracanie do życia. Mamy pierwszego już-nie-umarłego (nie mylić z zombiakami), dzięki któremu rodzinka Blackthorne ma taką samą liczbę członków. 
- nie wszyscy Nocni Łowcy są szczupli i wysportowani, pojawił się wątek Dru, która walczy z tym jak inni (i ona sama) ją postrzega, ze względu na jej problem z wagą. 
- Clary nadal się nie nauczyła, że warto by było powiedzieć więcej niż jednej osobie, że ma się straszne wizje, w których się umiera. 
- pojawił się pierwsza bohaterka transseksualna i od razu dostała miejsce, żeby się wypowiedzieć! 
- Kit jako obowiązkowy Herondale wymiata. Informacja potwierdzona naukowa: Herondale'owie sarkazm mają we krwi. 

eM nie była w stanie przewidzieć, że zakończenie Pana Cienia (przyzwyczajajmy się)
tak ją zaboli.
A teraz przejdźmy to zakończenia. 
eM się nie spodziewała tego. Co prawda może i przeszło jej przez myśl, że dawno się z nikim ważnym nie pożegnaliśmy, ale nie myślała, że Cassie to zrobi. 
No dobrze, to było podejrzane, że w ostatnich kilku rozdziałach Robert Lightwood został przedstawiony w tak dobrym świetle - gość za którym chyba nikt nie przepada (ani wśród bohaterów ani wśród czytelników) nagle zachowywał się tak, że eM stwierdziła, że hej! może w końcu się zmienił (albo po prostu na tle grupki CienioNazistów wyglądał dużo lepiej), ale zabicie kogoś, kto pełnił jedną z najważniejszy funkcji w świecie Nocnych Łowców? eM coś czuje, że niedługo (znaczy za dwa lata, jak wyjdzie ostatnia część) zrobi się gorąco. 

Za to śmierci Livvy eM się nie spodziewała, szczególnie, że kilka dni wcześniej Cassie ogłosiła głównych bohaterów The Wicked Powers i eM będąc eM pomyliła Drusillę z Livvy. To stało się tak szybko! To będzie jedna z tych śmierci, które wpłyną na to, jak potoczą się dalsze losy reszty bohaterów, szczególnie Ty'a, który był mocno związany ze swoją siostrą bliźniaczką. 

Kącik teorii: 
- Pomiędzy wierszami da się wyczytać coś, co sugeruje, że do świata żywych wrócił jeden z czarowników - a dokładnie najlepszy przyjaciel Magnusa. Wiecie o kim mowa? 
- W pewnym momencie, Drusilla przez przypadek znajduje się w dziwnym miejscu, gdzie spotyka chłopca - jego opis jest dość specyficzny. I wskazuje na to, że to mógłby być syn Królowej Seelie i Sebastiana (aka Jonathana, aka brata Clary). Same wypowiedzi Królowej Seelie wskazują na to, że odebrano jej kogoś, kogo kochała. Szczerze? eM nie chciałaby, żeby okazało się to prawdą. 

A teraz przyznajcie się, kto z Was dotrwał do końca wpisu? Pewnie niezbyt wiele, dlatego nie przedłużając: Lord of Shadows jest kolejną ciekawą historią ze świata Nocnych Łowców. Dla tych, którzy czytali poprzednie części - pozycja obowiązkowa.  

Wiecie co? Gdyby ktoś powiedział pół roku temu, że eM nie będzie oglądała na bieżąco Oryginalnych , a za to będzie pochłaniała w il...


Wiecie co?
Gdyby ktoś powiedział pół roku temu, że eM nie będzie oglądała na bieżąco Oryginalnych, a za to będzie pochłaniała w ilościach hurtowych koreańskie dramy - zapewne by go wyśmiała. A z powodu tego śmiechu spadłaby z krzesła. I pewnie nabiła sobie siniaka. 

Tak, po raz kolejny wychodzi na to, że to do czego eM nie jest na początku przekonana okazuje się być lepsze niż kiedykolwiek mogłaby się tego spodziewać. I pochłania w większości jej i tak  (obecnie) ograniczony czas na obcowanie z serialami/książkami/filmami. 

I to nie jest tak, że eM wcześniej nie próbowała zobaczyć o co to całe zamieszanie z dramami - ba! eM jak widzi, że gdzieś się robi zamieszanie, to z miłą chęcią wtyka tam nos, żeby sama mogła ocenić czy coś jej warte poświęcania czasu. Jednak z różnych względów (no dobra, nikt nie powiedział eM od czego powinna zacząć, jak to się je ogląda, czego powinna się spodziewać, na co uważać i jak nie zwariować), a przede wszystkim przez to, że dokonała złego wyboru swojego obiektu eksperymentu (nie pytajcie), niestety nie udało jej się zrozumieć z czego wynika to całe zamieszanie. Dlatego dramy poszły w odstawkę jako coś nie  

Zmieniło się to pewnego dnia, kiedy eM była większą marudą niż zwykle (uwierzcie, da się!) a przy okazji, od kilki dni nie mogła się przekonać ani do czytania ani do oglądania. Pomoc pojawiła się na różowym zombie-jednorożcu w postaci Gosiarelli, która w mig wykorzystała sytuację, żeby zrobić z eM swojego królika doświadczalnego i sprawdzić jak podsuwać kolejne dramy, żeby osoba oglądająca nie mogła się od nich uwolnić. I wierzcie lub nie, na podstawie tych badań powstał post, który przeprowadzi Was przez burzliwe początki oglądania koreańskich dram.


Tak właśnie wygląda początek przygody z dramami.

Ale dość o eM, porozmawiajmy w końcu o dramach.

Początki były trudne, nawet kiedy eM była częściowo przygotowana czego się spodziewać.

Najtrudniej było jej się przyzwyczaić do tego, że została zmuszona do ponownego zaprzyjaźnienia się z napisami. Dla eM, która od kilku ładnych lat patrzy na napisy tylko wtedy kiedy czegoś nie usłyszy, albo po prostu chce sprawdzić jak ktoś przetłumaczył coś fajnego (często wychodzi to jak wychodzi), zmuszenie się do oglądania mając w zasięgu wzroku napisy było ciężkie. Ale dzięki temu odkryła, że w czasie oglądania zdarza jej się zmieniać zakładki w przeglądarce albo polegać tylko na tym co słyszy.

Mówiąc o słuchu, chwilę to trwało zanim uszom eM udało się przestawić na słuchanie języka koreańskiego. Pewnie to kwestia braku styczności z tym językiem a zarazem jego odmienności od języków indoeuropejskich. Także dobra rada: przygotujcie swoje uszy, a dla ich dobra, nie przesadzajcie z głośnością na słuchawkach. Tak tylko eM pisze.

Na oczy też musicie uważać, bo już po kilku minutach będzie sprawdzać ustawienia jasności ekranu. W dramach nawet jak jest ciemno, to jest jasno. Serio, serio. Tu nie trzeba nadwyrężać wzroku starając się wypatrzyć na czarnym (no dobra, prawie czarnym) ekranie co się dzieje (serdeczne pozdrowienia dla Pamiętników Wampirów i Oryginalnych. I kilku innych seriali). A jeżeli chodzi o kolory to musicie się przyzwyczaić do tych pastelowych.

I jaka tak eM o tym myśli, to na zęby też musicie uważać. Bohaterowie dram jedzą. I to dużo. Bardzo dużo. I często. Jeżeli tak jak eM macie syndrom współjedzenia (czyli kiedy oni jedzą na ekranie, to przecież nie można być gorszym i trzeba razem z nimi zjeść, prawda?), musicie być przygotowani. A raczej zanim zaczniecie oglądać, musicie wybrać się na zakupy, żeby wasza lodówka była porządnie zaopatrzona.

No dobrze, to czemu eM nadal ogląda dramy (doprecyzujmy: to już nie jest oglądanie, to jest pochłanianie) skoro na początku trudno było się przyzwyczaić?

A tak będziecie wyglądać oglądając dramy
Po pierwsze, do wszystkiego o czym eM pisała powyżej da się przyzwyczaić. A nawet polubić. Jak to często bywa - początki są najtrudniejsze. Potem jest tylko lepiej.

Kiedy eM zaczynała przygodę z dramami była zachwycona tym, że nie była w stanie przewidzieć co się wydarzy. Jak to możliwe? Schematy do których przywykliśmy albo nie istnieją, albo są wykorzystane w inny sposób. To samo tyczy się bohaterów. Myślicie, że już nie jedno widzieliście i nikt nic nie da rady Was zaskoczyć? Kiedy eM oglądała pierwszą dramę, próbowała przyporządkować bohaterów do znanych sobie szufladek. Nic z tego! Może i mamy podobieństwa, ale dzięki innej kulturze, wychodzi to i tak inaczej niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni.
Przez co eM trenowała szerokie otwieranie oczu i pisanie do Gosiarelli: Ej, ale to tak się da inaczej? Oni naprawdę tak mogą?
No dobra, żeby nie było: kiedy obejrzycie już kilkanaście dram (ekhem) zaczniecie dostrzegać schematy, ale o tym porozmawiamy innym razem. Nie przejmujcie się tym na początku. 

Dotyczy to również prowadzenia historii. Jako osoba, która już trochę amerykańskich seriali w swoich życiu widziała, eM jest przyzwyczajona do tego, że serial nigdy nie kończy się na jednym sezonie, nawet jeżeli nie macie pojęcia co mogłoby się wydarzyć w drugim. I że jak nie wiadomo o czym opowiedzieć, to opowiedzmy o tym samym tylko inaczej, byleby zgadzały się słupki oglądalności. No i oczywiście kasa na koncie.

Dramy, które eM ma przyjemność oglądać mają JEDEN sezon. I możecie wierzyć lub nie, ale dzieje się tam tyle, że Amerykanie spokojnie wyprodukowaliby tak z 8 sezonów (serdeczne pozdrowienia dla Pamiętników Wampirów!). Szok gwarantowany.
A przy okazji ogląda się szybciej. Wiecie, maraton jednego sezonu (czy to 16, czy 40 odcinkowego) w weekend wcale nie jest taki straszny. Szczególnie, że w przypadku większej liczby odcinków, jeden trwa około 30 minut (a przynajmniej eM się z taki spotkała jak do tej pory, chociaż wie, że istnieją dramy, które mają kilkadziesiąt, bądź kilkaset odcinków).

A jeżeli chcecie oglądać na bieżąco, też nie powinniście być zawiedzeni (przynajmniej eM nie jest!). W jej przypadku, dramy, które obecnie ogląda na bieżąco wypuszczają nowe odcinki dwa razy w tygodniu. Tak, tak - dobrze czytacie. Zapomnijcie o przerwach w nadawaniu, zapomnijcie o obgryzaniu paznokci w oczekiwaniu na nowy odcinek, bo poprzedni zakończył się cliffhangerem.

Bawcie się dobrze! 
Czy dramy są dla każdego? 
Trudno powiedzieć. Na pewno na początku musicie wykazać się dużą otwartością na inną kulturę i chęcią jej poznania. Jednak kiedy zrozumiecie o co w tym wszystkim chodzi, zaczniecie się dobrze bawić. I zanim się obejrzycie, na liście dram do obejrzenia będzie na Was czekało kilkanaście (kilkadziesiąt) tytułów. 

Jesteście zainteresowani? Chcecie zobaczyć o co w tym wszystkich chodzi, ale nie wiecie gdzie zacząć? Dajcie znać, eM postara się Wam odpowiedzieć na pytania z punktu widzenia świeżaka w świecie dram. 

A może już Was pochłonęło? Dajcie znać co oglądacie! eM od razu dzieli się z Wami swoją listą dram.

Źródło obrazu: Charlie Bowater Ojoj. To nie było dobre. A żeby wyjaśnić Wam dlaczego eM tak uważa, musi odwołać się do tego co się ta...

Źródło obrazu: Charlie Bowater
Ojoj. To nie było dobre.
A żeby wyjaśnić Wam dlaczego eM tak uważa, musi odwołać się do tego co się tam działo.
Tak, tak. W poniższym tekście będą spoilery.
Nawet bardzo dużo. Najlepiej, żebyście nie czytali tego tekstu, jeżeli nie przeczytaliście jeszcze A Court of Wings and Ruin. 
Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ale najpierw wyobraźcie sobie, że macie do napisania pracę zaliczeniową, która nie dość, że ma określoną minimalną liczbę słów (która jest o dużo za duża), to na dokładkę muszą się w niej znaleźć konkretne elementy, bez których wiecie, że praca się nie spodoba.
No i nie zapominajmy, że gonią Was terminy. 

Wiecie o co chodzi? To dobrze, bo eM czytając ACOWAR czuła się, jakby czytała właśnie taką pracę. Przez co w tym miejscu chciałabym serdecznie przeprosić swoich nauczycieli i wykładowców, którzy kiedykolwiek musieli czytać coś takiego w wykonaniu eM. To nie jest dobre. 

Zacznijmy od początku. 
Szczere powiedziawszy, eM była przygotowana na to, że przez pół książki, będzie czytała o tym jak Feyra szpieguje (a przy okazji sieje zamęt) w Dworze Wiosny. Liczyła na knucie, jakiś przemyślany plan, który spowoduje efekt domino. No dobra, chociaż jakieś wielkie bum.
Dostała za to mało porywające opisy, krążenie bez celu i tak naprawdę przypadkową ucieczkę do ciekawszego miejsca.
Chociaż, ku jej zdziwieniu, to wszystko poszło sprawnie (po około 150 stronach, było już wszystko pozamiatane) i bez większych komplikacji (no dobra, pobiegali sobie trochę, powalczyli, ale eM powtarza: 150 stron i po bólu!). No i oczywiście przypadkowo (winkwink) Feyra zabrała ze sobą Luciena. 

- No dobrze - pomyślała eM - to teraz pewnie będzie się działo tyle nowych, ważnych, ciekawych rzeczy, że wciśnie mnie w fotel. Jestem gotowa na to cudo. 

Niestety, jak się okazało dopiero później, to był dopiero początek rozczarowań.

Obserwujecie właśnie grafikę ilustrującą stosunek eM do ACOWAR/Sarah J. Maas. 

Przez kolejne kilkaset stron (serio, serio) akcja dreptała w miejscu. Ktoś trenował, kogoś bolały mięśnie (to akurat eM może zrozumieć), ktoś uprawiał seks (tylko nie przypominajcie eM opisów tego. Wszystko zostało opisane tak, żeby było wiadomo o co chodzi bez używania odpowiednich słów. eM miała podejrzenie, że Sarah przegrała zakład i musiała opisać sceny seksu tak jakby grała w Tabu. Przygotujcie się na przewracanie oczami!), ktoś robił zamieszanie, żeby ktoś inny mógł się z tym rozprawić. Po rozprawieniu się z zamieszaniem, wracano do punkty wyjścia.

Niech najlepiej o tym świadczy to, że przez ok. 40% książki (licznik stron w czytniku eM jest specyficzny, dlatego eM woli podawać wartość procentową), planowano spotkanie. Owszem, może i było ważne i wymagało przygotowań, ale przy tym, że nic innego się nie działo, eM z chęcią wywaliłaby z jakieś 200 stron z tej książki. Po co ciągle pisać o tym samym?

No dobra, powiecie, a może te dłużyzny były po to, żeby bohaterowie mogli się rozwinąć?
Niestety i tutaj eM musi Was rozczarować.
Nasi ukochani bohaterowie podejmują decyzje, które sugerują, że przeszli pranie mózgu. Współpracowanie z największymi wrogami swoich przyjaciół - nic wielkiego.
Wyjaśnienie, czemu Mor nie zrobi kroku, żeby być z Azrielem, też eM nie przekonuje.
A z głównej bohaterki zrobiono narratora. Znaczy, wiecie, że jedynym celem tej postaci jest narracja wydarzeń. Nic więcej.
No i myśleliście, że jeżeli ktoś jest czyimś mate'em (eM wyparła z mógzu polskie tłumaczenie tego słowa) to musi być razem i to będzie NA ZAWSZE? Niestety.

Siostry Feyre są obecne, ale od samego początku było czuć, że to tylko dlatego, że będą grały główne role w kolejnych opowieściach. W ACOWAR Sarah już rozstawiła odpowiednio postacie na wierzchołkach figur geometrycznych i już pewnie czeka z niecierpliwością żeby to wykorzystać w kolejnych historiach. Bo wiemy przecież, że będą. I w trzeciej części Dworu Cierni i Róż, czuć że to nie koniec.

Właśnie, mówiąc o końcu, to eM kojarzy się z Typową Bitwą Kończącą Serię. Włączając w to: Niespodziewaną Pomoc w Ostatnim Momencie, Śmierć Postaci Których Znamy, Słabeusza Ratującego Tyłki Głównych Cwaniaków.

A gdyby ktoś się pytał, to Maas jest tym typem autorki, która chce zakończyć historię wielkim BUM, ale jak już przyjdzie co do czego, to od razu czuć, że nie pójdzie dalej tą drogą. Tak, jeden z głównych bohaterów nie żył. Przez kilka stron. Bo od razu został wskrzeszony w ten sam sposób co Feyre w pierwszej części. Po kilku stronach. Nawet do eM nie dotarło, że coś się stało. Szczególnie, że Sarah przez te kilkaset wcześniejszych stron dawała do zrozumienia, że ktoś zginie. Brakowało tylko wskazania tej konkretnej postaci palcem. Foreshadowing był mocny w ACOWARZE, a do pełni brakowało tylko ciąży, która i tak pewnie się wydarzy w przyszłych książkach z tego świata.

Gdyby eM miała podsumować ACOWAR w jednym zdaniu pewnie tak by to wyglądało. 

Emocje? ZERO. eM nie rozumie powszechnej histerii, która opanowała fandom. Tak jak pisała na początku, czuła się jakby czytała coś pisane na siłę, co spokojnie mogłoby być o połowę krótsze. Trochę taki powrót do Dworu Cierni i Róż. Z trylogii , spokojnie można by było stworzyć duologię i nikt by nie płakał. 

I to jest chyba ten moment, w którym eM powinna napisać co sądzi o trylogii jako o całości.
Co będzie trudne, bo nie podobała jej się pierwsza połowa pierwszej części i pierwsza połowa trzeciej części. Historia miała być inspirowana Piękną i Bestią. I była. Tak samo jak zaczęła być inspirowana innymi historiami (Orfeusz, czy Jezioro Łabędzie). Co niestety, było nam rzucane prosto w twarz. Żebyśmy przypadkiem tego nie pominęli.
Wszystkie ciekawe postacie straciły dużo swojego uroku w Dworze Skrzydeł i Ruin.
W skrócie: bardzo ciekawy świat, w którym rozgrywa się niezbyt ciekawa historia.

I nie, nadal nie wiemy co łączy świat z Dworu z tym ze Szklanego Tronu.
Pozostaje, to czekać na dwie ostatnie części tego drugiego, bo może się w końcu coś wyjaśni. Chyba, że stanie się to w innych historiach z tego pierwszego.

Jedyne czego eM się obawia, że zakończenie Szklanego Tronu wypadnie tak samo, albo jeszcze gorzej. Kiepsko poprowadzić jedną serię - zdarza się. Ale dwie?

Odpowiedzcie sobie na to sami. 

Krótko, bez spoilerów i powiedzmy, że na temat. Tak właśnie będą wyglądały posty z serii Bukszots . W skrócie: eM dużo czyta, ale nie z...


Krótko, bez spoilerów i powiedzmy, że na temat.
Tak właśnie będą wyglądały posty z serii Bukszots.
W skrócie: eM dużo czyta, ale nie zawsze o wszystkim pisze. No wena, bo czas, bo lenistwo, bo nie ma o czym, bo będzie za mało na osobny post. Dlatego postanowiła stworzyć coś, co pozwoli Wam szybko zaznajomić się z jej opinią na temat danego tytuły.
Spokojnie, dłuższe wyżywanie się opinie zostają. Tylko będzie w nich więcej spoilerów.
Dużo więcej.


V.E. Schwab A Conjuring of Light (A Darker Shade of Magic #3)
1. Darker Shade of Magic  2. A Gathering of Shadows

eM trudno ocenić, jak wypadła ostatnia część serii bez odwoływania się do poprzednich części. Ale spróbować zawsze można. Czy podobało jej się? Z jednej strony tak - cudowna banda bohaterów (z Kellem i Lilą na czele) jak zwykle dostarczyła niezłej dawki wrażeń. Może co do samego sposobu poprowadzenia historii eM nie jest przekonana, ale większość wątków została zamknięta. Dobrze czytacie, większość, bo mimo wszystko autorka zostawiła uchylone drzwi. A przynajmniej eM je widzi. 


No i w kolejnej historii pojawiają się statki. I jak tu nie shippować? 

Czy warto? Chociaż trylogia ma słabsze momenty, warto przeczytać dla wspaniałych bohaterów (i płaszcza jednego z nich) oraz intrygującego świata z niezmiernie ciekawym systemem magicznym. No i podróżami między światami równoległymi. 


Daisy Goodwin Wiktoria


Jeżeli kiedykolwiek chcielibyście zobaczyć słownikowy przykład ekranizacji - możecie zaznajomić się z książką Daisy Goodwin oraz serialem o tym samym tytule. W pewnym momencie, eM nie była pewna co było pierwsze (książka, gdyby ktoś miał wątpliwość), bo sama zaczęła od obejrzenia historii o początkach panowania królowej Wiktorii. 


Chociaż książka nie różni się od serialu, jeżeli chodzi o wydarzenia, czy dialogi, to podczas lektury, eM czuła jakby czytała po prostu książkę młodzieżową o losach młodej królowej. Coś w stylu Reign na papierze. Takiego samego odczucia nie miała oglądając serialu, co pewnie wynika z możliwości poznania myśli Wiktorii, które mogłyby konkurować z myślami najbardziej irytujących bohaterek YA. Dodatkowo, w książce mniejszy nacisk położono na to co się dzieje za kulisami pałacu (czyli życie służby pałacowej). 

Czy warto? Jeżeli lubicie porównywać książkę i jej ekranizację, jak najbardziej! Sama książka jest ciekawa (w końcu historia początków panowania królowej Wiktorii! Kto nie lubi tego tematu?), ale tym razem eM wybiera serial. 

Neil Gaiman Mitologia Nordycka


O wierzeniach starożytnych Rzymian i Greków eM wie całkiem sporo. Jeżeli chodzi o bogów słowiańskich, eM próbuje się edukować podczytując serię Kwiat paproci. W końcu postanowiła, że nadszedł czas zaznajomić się z Mitologią Nordycką

Neil Gaiman stworzył zbiór opowiadań o bogach, którzy byli inspiracją dla twórców komiksów Marvela. Może i imiona w obu przypadkach są te same, ale bohaterowie (bogowie?) już nie do końca. Chociaż niektóre rzeczy zostają niezmienione: bogowie mają  tam złotą zasadę: Stało się coś złego? To na pewno sprawka Lokiego!
Mitologia Nordycka pokazuje skąd Thor ma swój młot, jak wyglądały przygody pozostałych bogów i na czym w końcu polega ten cały Ragnarok? 
Dodatkowy plus? Można czytać w odcinkach (jeden rozdział = jedna historia), ale całość ustawiona jest chronologicznie, co pomaga zrozumieć świat. 

Czy warto? Jeżeli jesteście zafascynowani wierzeniami, albo chcecie przypatrzeć się pierwowzorom marvelowskiego Thora i Lokiego. Warto też wspomnieć, że wszystko to okraszone jest sporą dawką humoru. 

Jessica Khoury Zakazane Życzenie

Retellingi baśni, bajek i legend,  są nowym gorącym tematem wśród autorów książek młodzieżowych. Nic dziwnego, że doczekaliśmy się nowej wersji Alladyna. 

Zakazane Życzenie przedstawia może i przewidywalną historię, do której miejscami można byłoby się poważnie przyczepić, ale eM nie może zaprzeczyć, że czytało się ją  bardzo dobrze. 

Co by było, gdyby dżin był dziewczyną? O tym przekonacie się czytając Zakazane Życzenie
Największym problemem eM z tą historią były zasady funkcjonowania magii i dżinów. Teoretycznie wszystko było wyjaśnione, ale kilka momentów powodowało zgrzytanie zębami. No dobra, eM po prostu czuje niedosyt, a wie, że pewne elementy można byłoby dopracować. 

Całość mimo wszystko na plus. Historia wciąga, nic jej niepotrzebnie nie spowalnia. No i jest coś miłego w czytaniu historii inspirowanej inną, którą wszyscy dobrze znają. 

Czy warto? Jeżeli autorka nie zmieni zdania, to Zakazane Życzenie będzie jedną z nielicznych książek-rettellingów,  nie posiadającą kontynuacji. Co jest plusem, jeżeli chcecie lekką, przyjemną lekturę, nie macie nic innego na oku, a nie chcecie się mocno angażować emocjonalnie. 

Nawet nie wiecie, ile razy eM łapała się na nuceniu pewnego hitu z Eurowizji podczas czytania tych książek.  Zanim eM zacznie Wam opowi...

Nawet nie wiecie, ile razy eM łapała się na nuceniu pewnego hitu z Eurowizji podczas czytania tych książek. 

Zanim eM zacznie Wam opowiadać, dlaczego lektura przygód Gosławy Brzózki jest  dobrym pomysłem, chciałaby poprosić, żebyście odpowiedzieli na dwa pytania: 

Ilu bogów greckich (bądź rzymskich) jesteście w stanie wymienić w ciągu minuty? A ilu wymienicie w tym samym czasie bogów słowiańskich?

eM podejrzewa, że Wasze odpowiedzi będą podobne do tych, które sama udzieliła. O greckich lub rzymskich bogach słyszymy już od podstawówki, ba! Nawet czytamy mitologię, która pokazuje ich problemy codziennego życia (Śmiertelnik ma z Ciebie ubaw? W oko wpadła Ci jakaś śmiertelniczka? Ktoś stwierdził, że nie jesteś najładniejsza? Wiesz co robić! Bardzo wychowawcze). A czego się dowiadujemy o tych, którzy stanowili podstawę naszej kultury? Mało (No wiecie, za mało informacji zostało, za mało wzmianek i w ogóle to wszystko było strasznie rozdrobnione).

Czyli starożytna wersja Jak trzeba uratować świat, to uratujmy Stany Zjednoczone i wszystko będzie dobrze.

Po wyrzuceniu z siebie, tego co trzeba (a raczej tego co się chciało), wróćmy do tematu.

Szczerze powiedziawszy, obie części Kwiatu paproci są idealnymi przykładami romansu paranormalnego. Tym, co je odróżnia i pozwala na nie wrzucenie ich do tego samego worka co chociażby Zmierzchu, jest osadzenie wydarzeń w alternatywnej historii Polski.
Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Okazuje się, że główną różnicą byłoby pozostanie przy starych wierzeniach (bo to, że Polska byłaby potęgą, to chyba jest dla wszystkich jasne, prawda?) a co za tym idzie trochę inaczej wyglądałaby nasza kultura. I niektóre wymagania wobec studentów jeszcze bardziej uprzykrzałyby życie.

W takim położeniu znalazła się Gosława (która i tak nazywana jest Gosią, nie mylić z Gosiarellą), która zanim zacznie swoją wymarzoną pracę jako lekarz, musi odbyć praktyki u Szeptuchy. Kim są Szeptuchy? To taki psycholog/doradca/alternatywny lekarz/weterynarz pierwszego kontaktu. I to raczej w tej kolejności. Stare kobiety, które mają ogromną wiedzę i cieszą się szacunkiem wiejskiej społeczności. I zbierają ziółka. I dają dziwne rady, które ku zdziwieniu niektórych pomagają.

Może i historia alternatywne, ale jak jesteś dziewczyną, która większość swojego życia spędziła w dużym mieście, perspektywa chodzenia po lesie i zbierania ziółek jest przerażająca bez względu na to w co wierzą ludzie w Twoim kraju. Kleszcze i tak istnieją (eM jest zachwycona Gosiowym strojem na wyjścia do lasu).

To właśnie dzięki głównej bohaterce, a raczej tarapatom w które się pakuje, poznajemy to jak mogły wyglądać dawne wierzenia i zwyczaje naszych przodków, a co najmniej to, o co chodziło z tymi wszystkimi bogami i który odpowiadał za co. eM, jako wielka fanka mitologii wszelakich, była zachwycona.

Przewidywalność? Można się było jej spodziewać, ale nie obawiajcie się, są też momenty, kiedy przewracacie strony z zawrotną prędkością, żeby dowiedzieć się co się wydarzyło. Na duży plus można zaliczyć też obecny w powieściach humor.

I chociaż czasy inne, chociaż bogowie knują i spiskują, to ludzie zachowują się tak, jakbyśmy się mogli tego spodziewać. Swojsko (tak, to dobre określenie). Tego właśnie eM brakuje w niektórych książkach, których akcja osadzona jest w Polsce - kreowania postaci tak, jak się zachowują Polacy, a nie tak jak byśmy chcieli, żeby zachowywali się Polacy, kiedy czytamy książki.

Katarzyna B. Miszczuk udowadnia, że da się stworzyć coś, co teoretycznie wszystkim już się przejadło, osadzone w teoretycznie znanym nam świecie z drobnymi zmianami, z sympatyczną bohaterką, okraszone dużą dawką dobrego humoru, co w połączeniu daje najciekawszy paranormalny romans, jaki eM miała okazję czytać w przeciągu ostatnich kilku lat.

Aż chciałoby się powiedzieć zagranicznym autorom: weźcie sobie te wszystkie wampiry i wilkołaki, bogów greckich, czy egipskich.
Patrzcie, my Słowianie też mamy fajną mitologię! 

Nazwa zobowiązuje, prawda? Dlatego w tym roku eM postanowiła przyłączyć się do akcji SHARE WEEK organizowanej przez Andrzeja Tucholsk...


Nazwa zobowiązuje, prawda?
Dlatego w tym roku eM postanowiła przyłączyć się do akcji SHARE WEEK organizowanej przez Andrzeja Tucholskiego. O co w tym wszystkim chodzi? O dzielenie się dobrem.
Bo czy nie tym jest polecanie czegoś co się lubi? A konkretnie tych, którzy pokazują eM, że blogosfera może być fajna. Szczególnie ta popkulturowa, gdzie czasami trudno jest znaleźć coś... coś innego. 

Oczywiście, eM ma dużo więcej blogów (blogerów?), których obserwuje, jednak wiecie, co za dużo dobrego to niezdrowo. Plus wiecie, zasady (nie piszcie eM nic o ich łamaniu!). 


eM podziwia Marthę, że jej się chce. Bo nie tylko prowadzi bloga, ale również kanał na youtubie a treści na jednym i drugim się świetnie się uzupełniają. No i nigdy z nią nie jest nudno. Widać, że dziewczyna ma mnóstwo pomysłów, które wprowadza w życie (tego eM jej też zazdrości), co naprawdę pozwala na wiarę w to, że blogi (lub vlogi) książkowe (lub okołoksiążkowe) nie muszą wyglądać tak samo. 


Najbardziej różowa blogerka zajmująca się zombie. Niszczyciel bajkowych wspomnień z dzieciństwa. Jeżeli jeszcze nie znacie Gosiarelli, koniecznie musicie to zmienić. Na pierwszy rzut oka, może wydawać się dziwna (szczególnie, kiedy pisze o Różowych Sałatach), ale kiedy zrozumiecie o co w tym wszystkim chodzi, ani się obejrzycie a będziecie stałym gościem na najbardziej różowym blogu w sieci. 





Wiecie pewnie, że to naturalne, że lubi się ludzi, którzy mają zdanie podobne do naszego, prawda? 
Tak jest w tym przypadku, a dodatkowo Megu w swoich recenzjach bardzo często wspomina o rzeczach, które może i przeszły eM przez myśl, ale nie zatrzymały się tam dłużej. No i są suchary (chyba wszyscy wiecie jak bardzo eM lub suchary, prawda?), które pięknie się komponują z poważniejszymi przemyśleniami.

Znacie? Bywacie? Czytacie?
A może macie jakieś własne typy? Podzielcie się nimi w komentarzach, eM z chęcią powędruje do nowych miejsc w Internecie.  

To będzie wpis sentymentalny. Gdyby ktoś miał wątpliwość - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo ( graniczące z pewnością ), że...


To będzie wpis sentymentalny.
Gdyby ktoś miał wątpliwość - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo (graniczące z pewnością), że natkniecie się w nim na spoilery dotyczące ostatniego odcinka Pamiętników Wampirów. 

To była naprawdę długa podróż.

eM z Pamiętnikami Wampirów była od samego początku. Nawet teraz pamięta jak oglądała pierwsze zapowiedzi i śmiała się z tego, że będą próbowały być Zmierzchem w serialowej wersji. I może na początku trochę tak było, jednak eM przekonała się, że to będzie coś innego całkiem szybko. A dokładnie mniej więcej w momencie, kiedy w pamiętnej scenie, Damon tańczył do Enjoy the slience po posiadłości Salvatorów (razem z Vicki, ale chyba nikt nie powie eM, że zwracał na nią uwagę w tej scenie). To właśnie wtedy historia nabrała rumieńców, a klimat (i nie tylko) porwał widzów.

Damon wie co mówi!

To wtedy też nadszedł czas, gdy co drugi serial obowiązkowo musiał mieć coś wspólnego z krwią, a dokładniej, musiał posiadać postaci, które bez jej spożywania nie mogłyby istnieć (bo dużo wspólnego z krwią mają też seriale medyczne, ale nie idźmy w tę stronę, dobrze?). True Blood, Moonlight. Kojarzycie? Dodajcie do tego podobny trend w książkach i powinniście przypomnieć sobie (albo wyobrazić sobie, w zależności ile macie lat), jak to mogło wyglądać.

Przesyt to dobre słowo. Niestety często spotykane w popkulturze, kiedy twórcy się na coś nastawią.
Ale są twory, które mimo przesytu, mimo tego, że nikt nie chce się zbliżać do danego rodzaju choćby i na kilometr, zostają z nami na dłużej. I potem robi nam się smutno, że trzeba się w końcu z nimi pożegnać.

Chociaż bezsensowność osiąga niewyobrażalne poziomy (ale i tak nie przebije książkowego pierwowzoru, eM wie, eM zmusiła się do przeczytania książkowych Pamiętników Wampirów - wytrzymała cztery tomy), chociaż wiemy czego można się spodziewać po bohaterach, to coś (ekhemmasochizmekhem) powoduje, że zostajemy z nimi do końca.

Tak było i w tym przypadku.

Pierwsze sezony Pamiętników Wampirów kojarzą się eM z całkiem porządnymi wątkami (a w porównaniu z kolejnymi pomysłami twórców, nawet naprawdę dobrymi wątkami), ciekawymi bohaterami (szczególnie, kiedy na scenę wkroczyła Oryginalna rodzina) i masą świetnych tekstów (serio, eM nie wie gdzie się podziali ludzie odpowiedzialni za dialogi w ostatnich sezonach). No i oczywiście nie można tu nie wspomnieć o Ianie Somerhadlerze grającym Damona, który podbił nastoletnie (i nie tylko) serca w momencie, kiedy witał się z bratem. Bardzo łatwo było zagłębić się w świat, w którym bohaterowie może i robią straszne rzeczy, których nigdy im by się nie wybaczyło w prawdziwym życiu, ale hej, przecież to historia o wampirach, wilkołakach, doppel... sobowtórach i innych dziwnych tworach. Tam nie mogło być normalnie. 

eM nadal nie wie jak to napisać.
Ale prawie umie wypowiedzieć to słowo!

Poza tym, eM ma ogromny sentyment do Pamiętników Wampirów ze względu na to, że to dzięki nim powstał termin Zaklepaniec, a dokładnie dzięki Damonowi, który był pierwszym z długiej listy (żeby nie napisać: oryginalnym. Klaus, Elijah - nie słuchajcie tego!). 

Jednak powoli coś zaczęło się zmieniać. Na początku trudno było to zauważyć, jednak potem nie można było nie zwrócić  uwagi. Zaczęła się wkradać powtarzalność. 

Może i przygody inne, ale zachowanie bohaterów już nie.
Elena będzie nieszczęśliwa i nie wie czego chce. Stefan i Damon będą się cały kłócili, przy czym nie ważne co się stanie to i tak wina Damona. Stefan zrobił coś złego? Ojej, to też wina Damona.  Bonnie będzie miała problemy z magią i zginie średnio raz na sezon. Caroline? Chociaż przemiana w wampira wyszła jej na dobra, to głównie jest znana z tego, że przespała się z większością głównych bohaterów. Romantyczny związek? Byle nie z Alarickiem, bo wyrok śmierci gwarantowany. 
Nawet Matt cały czas zawyżał statystyki, będąc niezmiennie ostatnim człowiekiem w Mystic Falls. 

A potem nadszedł czwarty sezon, w którym Oryginalni dostali swoją szansę (którą, jeżeli eM może wtrącić, naprawdę dobrze wykorzystali), co stało się kolejnym gwoździem do trumny (tu mógł być suchar, ale eM się powstrzymała - doceńcie to). Ostatecznym, było odejście Niny Dobrev z obsady. 

Pod koniec, eM miała dokładnie taką minę. 
Z każdym kolejnym odcinkiem, było coraz gorzej, twórcy chyba mieli maszynę losującą, która podpowiadała im jakie wątki i nowe stwory wprowadzić do kolejnych sezonów. Aż w końcu w świat poszła informacja, że ósmy sezon będzie ostatnim.

Możecie wierzyć eM lub nie, wcale się nie postarali, żeby odejść z hukiem, chociaż widać było, że chcą pozamykać wszystkie otwarte wątki (butem je! butem!). No i oczywiście nie mogli się oprzeć, żeby nie wprowadzić nawiązań do pierwszego sezonu. Nie tylko pod względem scen, ale także poprzez dialogi, czy nawet muzykę (która została na tym samym poziomie przez cały czas trwania serialu).

Czy eM przypadł do gustu ósmy sezon Pamiętników Wampirów? Nie.
Czy przeszkodziło jej to w płakaniu na ostatni odcinku? Skądże. 
Czy chodziła rozbita i marudna przez kolejny tydzień bo nie mogła się pogodzić, że to już koniec? Skąd wiedzieliście? 

Szczególnie, że patrząc na seriale, które teraz są na antenie (są kontynuowane? Wiecie o co chodzi) to może nas czekać pożegnanie z wampirami. No dobrze, mamy Oryginalnych (ale powiedzmy sobie szczerze, Oryginalni nigdy nie byli typowymi wampirami), mamy reprezentantów krwiopijców w Ganiaczach Cieni, ale to by było na tyle. eM coś czuje, że przyjdzie nam trochę poczekać, zanim twórcy stwierdzą, że czas na powrót wampirów na taką skalę.

I wiecie co? eM jest naprawdę dobrze z tą świadomością. 

Spoilerów nie ma, są okładki i tytuły. I może daty. Kiedy autor (lub jak w tym przypadku - autorka) ma w odróżnieniu od niektórych os...

Spoilerów nie ma, są okładki i tytuły.
I może daty.
Kiedy autor (lub jak w tym przypadku - autorka) ma w odróżnieniu od niektórych osób dużo weny (eM nie będzie wskazywała palcem sama na siebie) w pewnym momencie sytuacja dochodzi do tego, że osoby, które chcą zacząć przygodę z jego/ jej twórczością, nie mają pojęcia od czego zacząć, żeby nie zaspoilerować pozostałych wydarzeń. Albo po prostu nie wiedzą od czego zacząć, żeby nie zacząć czegoś od środku (nieustanna obawa eM, przy długich seriach, nawet goodreads czasami nie pomaga się upewnić, że się dobrze czyta).

Jak pewnie mogliście się już domyśleć, chodzi o Kroniki Nocnych Łowców, pisane przez Cassandrę Clare (z niewielkim wkładem innych autorów, szczególnie, kiedy chodzi o opowiadania). Jeżeli jakimś cudem nie spotkaliście się z którąś z jej historii, to dotyczy to świata w którym obok nas żyją specjalnie wyszkoleni wojownicy w żyłach których płynie krew Aniołów, którzy walczą z demonami i dbają o to, żeby ich istnienie nie wyszło na jaw (i jednych i drugich. I wampirów też. I wilkołaków. I czarowników. No i jeszcze fearie)
O. I żeby mieć jak najwięcej przystojnych, sarkastycznych młodzieńców w swoich szeregach. 

Ale po kolei. Zacznijmy od tego, co mamy do wyboru:

Dary Anioła 


Miasto Kości, Miasto Popiołów, Miasto Szkła, 


Miasto Upadłych Aniołów, Miasto Zagubionych Dusz, Miasto Niebiańskiego Ognia

Diabelskie Maszyny


Mechaniczny Anioł, Mechaniczny Książę, Mechaniczna Księżniczka 

Mroczne Intrygi


Pani Noc, Lord of Shadows, The Queen of Air and Darkness

The Lost Hours
Chain of Gold, Chain of Iron, Chain of Thornes

The Eldest Curses
The Lost Book of White, The Black Book of the Dead, The Red Scrolls of Magic

The Wicked Powers
brak informacji, trylogia

Zbiory opowiadań





Sporo tego, prawda? Jednak nie macie się czego obawiać, kiedy eM jest na posterunku i zaraz Wam wyjaśni co robić (a raczej: w jakiej kolejności czytać).

W przypadku Kronik Nocnych Łowców (z ang. Shadowhunters Chronnicles), recepta na czytanie bez zrobienia sobie spoilerowej krzywdy (a raczej cieszenie się z historii w pełnej krasie) jest bardzo prosta: kierujcie się datami pierwszych wydań w oryginale. Chociaż serie są różne, mamy sequele, prequele i zbiory opowiadań, to czytanie wszystkiego w kolejności w której zostały wydane, powoduje, że nie trzeba się zbytnio martwić. 

Oczywiście, możecie czytać książki według serii, jednak eM chciałaby się skupić na sytuacji w której wszystko się splata w jedną, płynną całość, czyli wspominane już czytanie według daty wydania (pierwszego, w oryginale! Polskie tłumaczenie zostało wydawana trochę w innej kolejności, warto o tym pamiętać). Poniżej lista z sugerowaną kolejnością w następującej formie 

Tytuł książki - Tytuł serii oraz jej część (rok wydania)

Miasto Kości - Dary Anioła #1 (2007) 
Miasto Popiołów - Dary Anioła #2 (2008)
Miasto Szkła - Dary Anioła #3 (2009)
Mechaniczny Anioł - Diabelskie Maszyny #1(2010)
Miasto Upadłych Aniołów- Dary Anioła #4 (2011)
Mechaniczny Książę - Diabelskie Maszyny #2 (2011)
Miasto Zagubionych Dusz - Dary Anioła #5 (2012)
Mechaniczna Księżniczka - Diabelskie Maszyny #5 (2013)
Kroniki Bane'a - zbiór opowiadań (2013/2014)
Miasto Niebiańskiego Ognia - Dary Anioła #6 (2014)
Opowieści z Akademii Nocnych Łowców - zbiór opowiadań (2016) 
Pani Noc - Mroczne Intrygi #1 (2016)
Lord of Shadows - Mroczne Intrygi #2 (Maj 2017)
The Lost Book of the White - The Eldest Curses #1 (koniec 2017/początek 2018)
Chain of Gold - The Last Hours #1 (2018)
The Queen of Air and Darkness - Mroczne Intrygi #3 (2019)
The Black Book of the Dead - The Eldest Curses #2 (2019)
Chain of Iron - The Last Hours #2 (2020)
The Red Scrolls of Magic- The Eldest Curses #3 (koniec 2020)
Chain of Thorns - The Last Hours (2021)
The Wicked Powers : brak daty (trylogia)

Oczywiście, książki Clare można czytać także w porządku chronologicznym według czasu w jakim dzieje się dana historia. Jednak eM nie podejmie się rozpisania tej możliwości - prawdopodobnie poległaby przy trzecim opowiadaniu z Kronik Bane'a. A raczej próbie jego zakwalifikowania czasowego. 

Co wybierzecie? To zależy od Was. Może przez przypadek zaczęliście w środku całej tej historii, może nie mogliście się przekonać do Darów Anioła, może akurat wpadła Wam w ręce Pani Noc?
Hej, to nie oznacza, że nie możecie przeczytać pozostałych. Po prostu musicie zmienić do nich nastawienie. A raczej być czujnym, bo w świecie Nocnych Łowców wszystko się ze sobą łączy. 

Źródła, które zostały wykorzystane przy pisaniu tekstu: TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. I pamięć eM. 

eM w książkach siedzi już od tylu lat, że powinna się w końcu nauczyć, żeby nie marnować czasu na książki, które maja przepiękne ok...


eM w książkach siedzi już od tylu lat, że powinna się w końcu nauczyć, żeby nie marnować czasu na książki, które maja przepiękne okładki. I których autorki jedną książką przekreśliły wszystko co budowały przez dwie poprzednie części a przy okazji zniszczyły kreację najlepszego bohatera wciskając w ową książkę narrację z jego perspektywy. Nie wypominając, że poprzednio owa autorka wybiła się tworząc historię, która w pewnym stopniu nawiązywała do obowiązujących trendów. 
Oczywiście mowa tu o Veronice Roth i Niezgodnej.

I  tak oto płynnie możemy przejść do głównego punktu tej wypowiedzi.
Naznaczeni śmiercią nie wyróżniają się niczym szczególnym. Cała ten pomysł na historię jest przeciętna.

Sam pomysł na skupieniu się na relacji głównych bohaterów pochodzących z narodów, które się nienawidzą, a sami bohaterowie są wobec siebie nierówni (jedno jest sługą drugiego), może i byłby ciekawy. Gdyby nie to, że już wcześniej podjęła się tego Marie Rutkoski i wyszło jej to o dużo lepiej.
Przez co eM co chwilę zastanawiała się, czy zwariowała (nie tym razem), czy może jednak już wszystko się zgadza, bo już coś podobnego czytała.

Najpoważniejszym zarzutem, który eM może postawić Naznaczonym śmiercią, jest to w jaki sposób został zbudowany świat. Okej, wiemy, że rzecz dzieje się w kosmosie, że mamy narody, które się nie lubią i że jest COŚ (nazywane Nurtem) co jest super ważne, super magiczne, ale nie ma żadnych konkretów, żeby przypadkiem nic nie było interesujące. No i oczywiście mamy wątek przeznaczenia, bo dorzucenie Wybrańców w młodzieżówce zawsze się musi sprawdzić.

O wywracanie oczami przyprawiało eM zachowanie bohaterów. Możecie wierzyć lub nie, ale eM naprawdę chciała podejść do tej historii bez uprzedzeń (w końcu to Roth zrobiła z Cztery to co zrobiła). Dostajemy bohaterkę (Cyrę), która miała chyba należeć do klubu silnych i niezależnych dziewczyn w YA, niestety coś nie wyszło i już po chwili podejmuje decyzje, które zaprzeczają temu, że Cyra kiedykolwiek myślała logicznie. Szaloonoki Moody byłby zawiedziony. 

Natomiast o Akosie, nawet trudno jest coś napisać, bo chociaż pojawiło się kilka rozdziałów pisanych z jego perspektywy, to eM nic o nim konkretnego napisać. Znowu pojawia się problem rozróżnienia perspektyw (męskiej i żeńskiej) przez Roth. Gdyby eM nie czytała napisów na początku rozdziałów (no dobra, czasami tego nie robiła), byłaby jeszcze bardziej zagubiona niż była. 

I jeżeli myślicie o tym, o czym eM myśli, że teraz myślicie po opisaniu przez nią dwójki głównych bohaterów to macie rację. Logiki w tym nie widać, ale istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś musi się wybrać do okulisty. 

Trudno określić, czy jest to kwestia tłumaczenia, czy tego, że eM czytała Naznaczonych śmiercią od pewnego momentu dość szybko (bo chciała przejść do lektury czegoś ciekawszego, na przykład A Conjuring of Light), ale to co się działo, wydawało jej się bardzo... Urywane? Raz jesteśmy w jednym miejscu, kolejny rozdział - zupełnie inna sytuacja. Żeby nie było - podejrzenia dotyczące przysypiania zostały oddalone. Trochę szkoda, że Roth tak to wszystko poprowadziła, bo eM nawet nie jest pewna, ile lat mają bohaterowie i ile czasu minęło od poszczególnych wydarzeń. 

Ale najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że Naznaczeni śmiercią są książką nijaką. Owszem posiada wszystkie znane nam wady młodzieżówek, ale to nie było na tyle złe, żeby rzucić książkę w kąt i do nigdy do niej nie wracać. Ba! Dla kogoś, kto jeszcze dużo nie czytał, może się ona okazać całkiem dobrą lekturą. Niestety eM to nie przekonało. 

Naznaczeni śmiercią, są kolejnym przykładem książki, o której jest głośno tylko i wyłącznie ze względu na przepiękną okładkę, na której widnieje nazwisko znanej autorki. Nie popełnijcie błędu eM. Chyba, że nie przeszkadza Wam poświęcanie czasu na kolejną historię o której szybko zapomnicie. 

A jeżeli macie ochotę na historię w tym stylu, eM serdecznie poleca Pojedynek (i pozostałe części) Marie Rutkoski. A jak je kupicie, to może w końcu ktoś wyda ostatnią część po polsku (eM chociaż czytała w oryginale, to nadal trzyma miejsce na półce na The Winner's Kiss). 

Kanon ( z ang. canon ) - w rozumieniu fandomu, zbiór wszystkich faktów, które zostały udostępnione przez twórcę danego dzieła i które s...



Kanon (z ang. canon) - w rozumieniu fandomu, zbiór wszystkich faktów, które zostały udostępnione przez twórcę danego dzieła i które są traktowane przez jego odbiorców jak świętość. Możemy wyróżnić kanon-który-trudno-obalić pochodzący bezpośrednio z dzieła (z książki, odcinka serialu, filmu) oraz kanon-który-jak-zdejmiemy-okulary-to-możemy-go-przeoczyć (wywiady z twórcami, spotkania z fanami, wypowiedzi twórców w social media)

Tak, tak. Dzisiaj będziemy rozmawiać o tym, co zrobić, kiedy twórca twierdzi, że powinniśmy pogodzić się z tym, że z naszymi kochanymi bohaterami (lub zasadami rządzącymi światem) stało się coś bardzo dziwnego, co odbiega od poprzednich zachowań bądź informacji otrzymanych przez nas na ten temat. 


W takim momencie istnieją dwie możliwości:
  • trzeba zaakceptować to, że nic w tym świecie nie jest idealne i uznać nowe informacje za część kanonu,
  • wyprzeć się i zapomnieć o istnieniu kanonu. 

W przeciągu ostatniego roku eM miała wątpliwą przyjemność bycia w takiej sytuacji (Przeklęte dziecko, Sherlock 4), dlatego podzieli się z Wami kilkoma pomysłami jak ją przetrwać. 

Pierwszą rzeczą, której możecie spróbować, jest próba zapomnienia o tym, że kiedykolwiek mieliście styczność z tym dziełem. Wiecie, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dodatkowo, warto używać argumentu dotyczącego niewypowiadania się o czymś, czego się nie widziało, kiedy ludzie próbują wciągnąć Was w konwersację na ten temat. 

By unikać tego tematu, warto informować na każdym kroku swoich znajomych (żeby przypadkiem nie zapomnieli jaki jest Wasz stosunek do dzieła), że jeszcze nic nie widzieliście i że mają nawet nie myśleć, o najmniejszym nawet spoilerowaniu. Przy czym trzeba uważać, bo znajomi potrafią być złośliwymi bestiami, które będą próbowały uprzykrzyć Wam życie. 

Tak może wyglądać eM, kiedy nie zgadza się z kanonem

Jeżeli nie zgadzacie się z tym, co się stało w książce lub serialu, zawsze możecie przeprowadzić dogłębną analizę kanonu przed i po, której wyniki pozwolą stwierdzić, że dzieło wcale nie jest prawdziwą częścią kanonu, a jedynie żartem twórcy, który prawdziwą wersję wypuści w najmniej oczekiwanym momencie. Popatrzcie tylko na fandom Sherlocka

Zawsze można znaleźć też jakiś argument, który pozwoli na stwierdzenie, że dzieło jest swego rodzaju fanfiction. Na przykład twórca miał niewielki wpływ na to dzieło, albo użyczył swojego świata komuś innemu. A przecież wszyscy wiedzą, że fanfiction nie może być kanonem, prawda? eM patrzy na ciebie, Przeklęte Dziecko

Ekstremalna wersja, dla ludzi z dużą kasą pod ręką: wykupcie prawa do świata, obalcie stary kanon (no dobra, chodzi bardziej o obalenie tego, co Wam się nie spodobało) a na jego miejsce stwórzcie nowy (ewentualnie może być oparty na starym, bo przecież nie wszystko musiało być złe, prawda?). Chyba eM nie musi podawać przykładu. 

Zawsze też możecie spróbować przenieść się w czasie i zapobiec stworzeniu dzieła przez twórcę. Że niby nie da się podróżować w czasie? Jeżeli macie tak ważną misję, na pewno dacie radę obejść taki problem. 

A jeżeli nie chcecie ingerować w proces twórczy, żeby nie wyszło coś jeszcze gorszego (czyli jeżeli jesteście pesymistami), możecie się przenieść w czasie i zapobiec zapoznaniu się z dziełem przez Was samych. Proste? Proste. A skoro jesteśmy znowu w temacie zapominania, to wiecie, amnezja to sposób na zapomnienie. Istnieje jednak ryzyko, że sobie przypomnicie. Albo znowu się zetkniecie z dziełem. 
Tak wyglądałaby rozmowa niezadowolonych fanów z twórcami kanonu.

Spróbujcie sprawdzić, czy na pewno nie śpicie. Koszmary potrafią przybierać różne formy, a kanon, który poszedł w złym kierunku może być przerażającym koszmarem. Albo pomyślcie sobie, że to był tylko sen bohatera, który nie potrafi rozróżnić tego co się dzieje naprawdę od marzeń sennych (punkt dla Was: dzięki temu możecie się zgadzać z częścią wydarzeń!).

Jeżeli informacja wyszła od twórcy w czasie wywiadu, w mediach społecznościowych lub na spotkaniu z fanami, zawsze możecie stwierdzić, że nie uznajecie kanonu, który nie pochodzi bezpośrednio z dzieła. Trudność polega na tym, że powinniście się wyprzeć takiego kanonu w całości, bez żadnych wyjątków, żeby sprawiać wrażenie osoby, która wie co robi. 

Przy negacji kanonu, przydaje się grupa wsparcia (razem zawsze raźniej!), której członkowie mają problem z nowościami w kanonie. Dzięki temu będzie Wam łatwiej przekonać cały fandom, że pewne elementy tak naprawdę nie istnieją. Warto po cichu rozprowadzać informacje o innych elementach kanonu, tak, żeby nikt już nie wiedział co jest kanonem, a co kanonem danej osoby (headcanon). 

A Wy? Jaki macie stosunek do kanonu? Jesteście jego strażnikami, którzy kręcą nosem na każde odstępstwo, czy traktujecie go luźno? Co robicie, kiedy widzicie, że twórców poniosło i nie zgadzacie się z tym co się stało?

[Zwiastun] Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji ( a potem cały worek ważnych nagród ). Wszyscy chcą je zobacz...

[Zwiastun]
Wiecie jak to jest z filmami, które zgarną mnóstwo nominacji (a potem cały worek ważnych nagród).
Wszyscy chcą je zobaczyć (no bo przecież to musi być dobre!), wszyscy (no dobra, prawie wszyscy) nastawiają się na coś wspaniałego (no bo przecież musi takie być!), a potem wszyscy (no wiecie, co o eM chodzi) zastanawiają się, czy na pewno oglądali ten sam filmy co krytycy. 

A przynajmniej takie odczucie bardzo często towarzyszy eM. 
Dlatego, kiedy pojawia się film, który szturmem zdobywa uznanie i wszystkie nagrody, eM jest podejrzliwa. Nawet bardzo. Szczególnie, że przez takie zamieszanie, jej oczekiwania rosną. 

Całe szczęście, jakimś dziwnym trafem, eM dowiedziała się o istnieniu La la land, na jakiś czas przed tym całym Hej, zdobyliśmy 7 Złotych Globów i mamy 14 nominacji do Oscara. 

I chociaż eM miała swoje obawy, że znowu nie zrozumie o co to całe zamieszanie, tym razem było to niepotrzebne. 

eM jest kupiona. 
Okej, może i to nie jest film na miarę tych wszystkich nagród, ale jest przecudowny.
I uroczy. 

Prawdopodobnie tak wyglądała eM opowiadająca o filmie zaraz po seansie.

Zacznijmy od tego co widać od razu. 

La la land jest pięknym filmem. 
Od samego początku czuć, że twórcy chcieli nawiązać do klasyki kina i to się im udało (a przynajmniej na tyle na ile eM kojarzy klasykę kinową)

Ba! Zauważyliście, że nawet najnowsze osiągnięcia technologiczne są ograniczone do niezbędnego minimum. Nie ma mediów społecznościowych. Nie ma wielkich kompleksów filmowych. 

Szerokie ujęcia, klimatyczne miejsca, zabawa kolorami - to wszystko spowodowało, że eM czuła się, jakby na jej oczy nałożono balsam.

No dobrze, oprócz momentów, gdzie ewidentnie było widać, że aktorzy pracowali na zielonym ekranie. To bolało, ale nie było tego tak dużo, żeby popsuło wrażenie o całym filmie.

Przy okazji: jeżeli ktoś wie, gdzie znaleźć sukienki w stylu tych, które nosiła Mia to dajcie znać. Koleżanka szuka. No i eM może też. 

Przypadek? No chyba nie!

Piękny obrazek dopełnia gra Emmy Stone i Ryana Goslinga, bo nie ukrywajmy, La la land jest ich filmem. Owszem, w tle przewijają się inni bohaterowie, ale są wręcz niezauważalni.

To może być też kwestia chemii między nimi, bo nie da się zaprzeczyć, że ją mają. W końcu nie graliby razem w tylu filmach (trzech?) gdyby jej nie mieli. Po za tym, powiedzmy sobie szczerze dobrze jest na nich popatrzeć. Szczególnie, kiedy scenografia w tle też jest ładna.

W tym momencie, eM chciałaby doprecyzować jedną sprawę: La la land nie jest typowym musicalem. Chociaż mogłoby się tak wydawać po wszystkich opisach i pierwszej scenie (która, jak się potem okazuje idealnie odzwierciedla to co się wydarzy w filmie. No dobra, nie ona, a piosenka w niej, ale łapiecie o co chodzi). Piosenki ( i muzyka w ogóle) są ważnym elementem, ale nie jest ich jakoś szczególnie dużo. I jeżeli eM ma być z Wami szczera, to dopiero po przesłuchaniu piosenek w domu udało jej się do nich przekonać w stu procentach, bo w kinie bardzo nie pasował jej do tego wszystkiego głos Goslinga.

Ale jak już wpadły eM w ucho, to trudno było jej się od nich uwolnić.   

Przykład odpowiedniej motywacji

To może w końcu eM napisze o czym tak naprawdę jest La la land

To historia, którą słyszeliście lub widzieliście już wiele razy. Serio. Nic odkrywczego. 
Dwoje ludzi, którzy mają marzenia, żeby zaistnieć w świecie filmu i muzyki, jednak życie ciągle stawia im kłody pod nogi. Aż tu pewnego dnia, przypadkiem się spotykają. I chyba eM nie musi Wam opowiadać co było dalej. Droga do sławy nie jest łatwa, a marzenia nie spełniają się ot tak. 

Jednak jest coś, co powoduje, że historia różni się od tego co mogliście już widzieć, a jest to zakończenie. Szczerze powiedziawszy, eM od dawna nie widziała tak dobrego zakończenia  tak przewidywalnej historii. 

Bo historia w połączeniu ze scenografią, wyglądem aktorów, muzyką i śpiewem mogła być przesłodzonym, kiczowatym tworem. Tak się nie stało. Dostaliśmy historię, która mimo swoich kolorów, mimo pięknych obrazów pokazuje nam, że czasami trzeba dokonać wyboru, który zaważy na naszym dalszym życiu. 

Czy La la land zasługuje na te wszystkie nominacje i nagrody?
eM się powtórzy i napisze, że ten film jest przeuroczym filmem, do którego będzie można wracać w długie, ponure jesienne wieczory. Zrozumiałaby gdyby dostał kilka nagród, jednak to co się dzieje? To trochę za dużo. 

Przez to ludzie nastawiają się na coś, co spowoduje, ze spadną im kapcie z nóg (a raczej buty? bo chyba nikt nie chodzi w kapciach do kina). Zamiast spróbować poczuć klimat i zobaczyć co będzie się działo, próbują zrozumieć czemu ten film otrzymał tyle nagród i nominacji. I kiedy tego wyjaśnienia nie znajdują, są rozczarowani. Nic dziwnego. 

eM się podobało. Dawno nie widziała tak uroczego, dobrze zrobionego filmu. 
Jeżeli jeszcze go nie widzieliście, nie dajcie się ponieść oczekiwaniom. Spróbujcie podejść do seansu z otwartą głową. 

Wszystkie GIFy, które widzieliście, możecie znaleźć TUTAJ