Nawet nie wiecie, ile razy eM łapała się na nuceniu pewnego hitu z Eurowizji podczas czytania tych książek.  Zanim eM zacznie Wam opowi...

Nawet nie wiecie, ile razy eM łapała się na nuceniu pewnego hitu z Eurowizji podczas czytania tych książek. 

Zanim eM zacznie Wam opowiadać, dlaczego lektura przygód Gosławy Brzózki jest  dobrym pomysłem, chciałaby poprosić, żebyście odpowiedzieli na dwa pytania: 

Ilu bogów greckich (bądź rzymskich) jesteście w stanie wymienić w ciągu minuty? A ilu wymienicie w tym samym czasie bogów słowiańskich?

eM podejrzewa, że Wasze odpowiedzi będą podobne do tych, które sama udzieliła. O greckich lub rzymskich bogach słyszymy już od podstawówki, ba! Nawet czytamy mitologię, która pokazuje ich problemy codziennego życia (Śmiertelnik ma z Ciebie ubaw? W oko wpadła Ci jakaś śmiertelniczka? Ktoś stwierdził, że nie jesteś najładniejsza? Wiesz co robić! Bardzo wychowawcze). A czego się dowiadujemy o tych, którzy stanowili podstawę naszej kultury? Mało (No wiecie, za mało informacji zostało, za mało wzmianek i w ogóle to wszystko było strasznie rozdrobnione).

Czyli starożytna wersja Jak trzeba uratować świat, to uratujmy Stany Zjednoczone i wszystko będzie dobrze.

Po wyrzuceniu z siebie, tego co trzeba (a raczej tego co się chciało), wróćmy do tematu.

Szczerze powiedziawszy, obie części Kwiatu paproci są idealnymi przykładami romansu paranormalnego. Tym, co je odróżnia i pozwala na nie wrzucenie ich do tego samego worka co chociażby Zmierzchu, jest osadzenie wydarzeń w alternatywnej historii Polski.
Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Okazuje się, że główną różnicą byłoby pozostanie przy starych wierzeniach (bo to, że Polska byłaby potęgą, to chyba jest dla wszystkich jasne, prawda?) a co za tym idzie trochę inaczej wyglądałaby nasza kultura. I niektóre wymagania wobec studentów jeszcze bardziej uprzykrzałyby życie.

W takim położeniu znalazła się Gosława (która i tak nazywana jest Gosią, nie mylić z Gosiarellą), która zanim zacznie swoją wymarzoną pracę jako lekarz, musi odbyć praktyki u Szeptuchy. Kim są Szeptuchy? To taki psycholog/doradca/alternatywny lekarz/weterynarz pierwszego kontaktu. I to raczej w tej kolejności. Stare kobiety, które mają ogromną wiedzę i cieszą się szacunkiem wiejskiej społeczności. I zbierają ziółka. I dają dziwne rady, które ku zdziwieniu niektórych pomagają.

Może i historia alternatywne, ale jak jesteś dziewczyną, która większość swojego życia spędziła w dużym mieście, perspektywa chodzenia po lesie i zbierania ziółek jest przerażająca bez względu na to w co wierzą ludzie w Twoim kraju. Kleszcze i tak istnieją (eM jest zachwycona Gosiowym strojem na wyjścia do lasu).

To właśnie dzięki głównej bohaterce, a raczej tarapatom w które się pakuje, poznajemy to jak mogły wyglądać dawne wierzenia i zwyczaje naszych przodków, a co najmniej to, o co chodziło z tymi wszystkimi bogami i który odpowiadał za co. eM, jako wielka fanka mitologii wszelakich, była zachwycona.

Przewidywalność? Można się było jej spodziewać, ale nie obawiajcie się, są też momenty, kiedy przewracacie strony z zawrotną prędkością, żeby dowiedzieć się co się wydarzyło. Na duży plus można zaliczyć też obecny w powieściach humor.

I chociaż czasy inne, chociaż bogowie knują i spiskują, to ludzie zachowują się tak, jakbyśmy się mogli tego spodziewać. Swojsko (tak, to dobre określenie). Tego właśnie eM brakuje w niektórych książkach, których akcja osadzona jest w Polsce - kreowania postaci tak, jak się zachowują Polacy, a nie tak jak byśmy chcieli, żeby zachowywali się Polacy, kiedy czytamy książki.

Katarzyna B. Miszczuk udowadnia, że da się stworzyć coś, co teoretycznie wszystkim już się przejadło, osadzone w teoretycznie znanym nam świecie z drobnymi zmianami, z sympatyczną bohaterką, okraszone dużą dawką dobrego humoru, co w połączeniu daje najciekawszy paranormalny romans, jaki eM miała okazję czytać w przeciągu ostatnich kilku lat.

Aż chciałoby się powiedzieć zagranicznym autorom: weźcie sobie te wszystkie wampiry i wilkołaki, bogów greckich, czy egipskich.
Patrzcie, my Słowianie też mamy fajną mitologię! 

Nazwa zobowiązuje, prawda? Dlatego w tym roku eM postanowiła przyłączyć się do akcji SHARE WEEK organizowanej przez Andrzeja Tucholsk...


Nazwa zobowiązuje, prawda?
Dlatego w tym roku eM postanowiła przyłączyć się do akcji SHARE WEEK organizowanej przez Andrzeja Tucholskiego. O co w tym wszystkim chodzi? O dzielenie się dobrem.
Bo czy nie tym jest polecanie czegoś co się lubi? A konkretnie tych, którzy pokazują eM, że blogosfera może być fajna. Szczególnie ta popkulturowa, gdzie czasami trudno jest znaleźć coś... coś innego. 

Oczywiście, eM ma dużo więcej blogów (blogerów?), których obserwuje, jednak wiecie, co za dużo dobrego to niezdrowo. Plus wiecie, zasady (nie piszcie eM nic o ich łamaniu!). 


eM podziwia Marthę, że jej się chce. Bo nie tylko prowadzi bloga, ale również kanał na youtubie a treści na jednym i drugim się świetnie się uzupełniają. No i nigdy z nią nie jest nudno. Widać, że dziewczyna ma mnóstwo pomysłów, które wprowadza w życie (tego eM jej też zazdrości), co naprawdę pozwala na wiarę w to, że blogi (lub vlogi) książkowe (lub okołoksiążkowe) nie muszą wyglądać tak samo. 


Najbardziej różowa blogerka zajmująca się zombie. Niszczyciel bajkowych wspomnień z dzieciństwa. Jeżeli jeszcze nie znacie Gosiarelli, koniecznie musicie to zmienić. Na pierwszy rzut oka, może wydawać się dziwna (szczególnie, kiedy pisze o Różowych Sałatach), ale kiedy zrozumiecie o co w tym wszystkim chodzi, ani się obejrzycie a będziecie stałym gościem na najbardziej różowym blogu w sieci. 





Wiecie pewnie, że to naturalne, że lubi się ludzi, którzy mają zdanie podobne do naszego, prawda? 
Tak jest w tym przypadku, a dodatkowo Megu w swoich recenzjach bardzo często wspomina o rzeczach, które może i przeszły eM przez myśl, ale nie zatrzymały się tam dłużej. No i są suchary (chyba wszyscy wiecie jak bardzo eM lub suchary, prawda?), które pięknie się komponują z poważniejszymi przemyśleniami.

Znacie? Bywacie? Czytacie?
A może macie jakieś własne typy? Podzielcie się nimi w komentarzach, eM z chęcią powędruje do nowych miejsc w Internecie.  

To będzie wpis sentymentalny. Gdyby ktoś miał wątpliwość - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo ( graniczące z pewnością ), że...


To będzie wpis sentymentalny.
Gdyby ktoś miał wątpliwość - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo (graniczące z pewnością), że natkniecie się w nim na spoilery dotyczące ostatniego odcinka Pamiętników Wampirów. 

To była naprawdę długa podróż.

eM z Pamiętnikami Wampirów była od samego początku. Nawet teraz pamięta jak oglądała pierwsze zapowiedzi i śmiała się z tego, że będą próbowały być Zmierzchem w serialowej wersji. I może na początku trochę tak było, jednak eM przekonała się, że to będzie coś innego całkiem szybko. A dokładnie mniej więcej w momencie, kiedy w pamiętnej scenie, Damon tańczył do Enjoy the slience po posiadłości Salvatorów (razem z Vicki, ale chyba nikt nie powie eM, że zwracał na nią uwagę w tej scenie). To właśnie wtedy historia nabrała rumieńców, a klimat (i nie tylko) porwał widzów.

Damon wie co mówi!

To wtedy też nadszedł czas, gdy co drugi serial obowiązkowo musiał mieć coś wspólnego z krwią, a dokładniej, musiał posiadać postaci, które bez jej spożywania nie mogłyby istnieć (bo dużo wspólnego z krwią mają też seriale medyczne, ale nie idźmy w tę stronę, dobrze?). True Blood, Moonlight. Kojarzycie? Dodajcie do tego podobny trend w książkach i powinniście przypomnieć sobie (albo wyobrazić sobie, w zależności ile macie lat), jak to mogło wyglądać.

Przesyt to dobre słowo. Niestety często spotykane w popkulturze, kiedy twórcy się na coś nastawią.
Ale są twory, które mimo przesytu, mimo tego, że nikt nie chce się zbliżać do danego rodzaju choćby i na kilometr, zostają z nami na dłużej. I potem robi nam się smutno, że trzeba się w końcu z nimi pożegnać.

Chociaż bezsensowność osiąga niewyobrażalne poziomy (ale i tak nie przebije książkowego pierwowzoru, eM wie, eM zmusiła się do przeczytania książkowych Pamiętników Wampirów - wytrzymała cztery tomy), chociaż wiemy czego można się spodziewać po bohaterach, to coś (ekhemmasochizmekhem) powoduje, że zostajemy z nimi do końca.

Tak było i w tym przypadku.

Pierwsze sezony Pamiętników Wampirów kojarzą się eM z całkiem porządnymi wątkami (a w porównaniu z kolejnymi pomysłami twórców, nawet naprawdę dobrymi wątkami), ciekawymi bohaterami (szczególnie, kiedy na scenę wkroczyła Oryginalna rodzina) i masą świetnych tekstów (serio, eM nie wie gdzie się podziali ludzie odpowiedzialni za dialogi w ostatnich sezonach). No i oczywiście nie można tu nie wspomnieć o Ianie Somerhadlerze grającym Damona, który podbił nastoletnie (i nie tylko) serca w momencie, kiedy witał się z bratem. Bardzo łatwo było zagłębić się w świat, w którym bohaterowie może i robią straszne rzeczy, których nigdy im by się nie wybaczyło w prawdziwym życiu, ale hej, przecież to historia o wampirach, wilkołakach, doppel... sobowtórach i innych dziwnych tworach. Tam nie mogło być normalnie. 

eM nadal nie wie jak to napisać.
Ale prawie umie wypowiedzieć to słowo!

Poza tym, eM ma ogromny sentyment do Pamiętników Wampirów ze względu na to, że to dzięki nim powstał termin Zaklepaniec, a dokładnie dzięki Damonowi, który był pierwszym z długiej listy (żeby nie napisać: oryginalnym. Klaus, Elijah - nie słuchajcie tego!). 

Jednak powoli coś zaczęło się zmieniać. Na początku trudno było to zauważyć, jednak potem nie można było nie zwrócić  uwagi. Zaczęła się wkradać powtarzalność. 

Może i przygody inne, ale zachowanie bohaterów już nie.
Elena będzie nieszczęśliwa i nie wie czego chce. Stefan i Damon będą się cały kłócili, przy czym nie ważne co się stanie to i tak wina Damona. Stefan zrobił coś złego? Ojej, to też wina Damona.  Bonnie będzie miała problemy z magią i zginie średnio raz na sezon. Caroline? Chociaż przemiana w wampira wyszła jej na dobra, to głównie jest znana z tego, że przespała się z większością głównych bohaterów. Romantyczny związek? Byle nie z Alarickiem, bo wyrok śmierci gwarantowany. 
Nawet Matt cały czas zawyżał statystyki, będąc niezmiennie ostatnim człowiekiem w Mystic Falls. 

A potem nadszedł czwarty sezon, w którym Oryginalni dostali swoją szansę (którą, jeżeli eM może wtrącić, naprawdę dobrze wykorzystali), co stało się kolejnym gwoździem do trumny (tu mógł być suchar, ale eM się powstrzymała - doceńcie to). Ostatecznym, było odejście Niny Dobrev z obsady. 

Pod koniec, eM miała dokładnie taką minę. 
Z każdym kolejnym odcinkiem, było coraz gorzej, twórcy chyba mieli maszynę losującą, która podpowiadała im jakie wątki i nowe stwory wprowadzić do kolejnych sezonów. Aż w końcu w świat poszła informacja, że ósmy sezon będzie ostatnim.

Możecie wierzyć eM lub nie, wcale się nie postarali, żeby odejść z hukiem, chociaż widać było, że chcą pozamykać wszystkie otwarte wątki (butem je! butem!). No i oczywiście nie mogli się oprzeć, żeby nie wprowadzić nawiązań do pierwszego sezonu. Nie tylko pod względem scen, ale także poprzez dialogi, czy nawet muzykę (która została na tym samym poziomie przez cały czas trwania serialu).

Czy eM przypadł do gustu ósmy sezon Pamiętników Wampirów? Nie.
Czy przeszkodziło jej to w płakaniu na ostatni odcinku? Skądże. 
Czy chodziła rozbita i marudna przez kolejny tydzień bo nie mogła się pogodzić, że to już koniec? Skąd wiedzieliście? 

Szczególnie, że patrząc na seriale, które teraz są na antenie (są kontynuowane? Wiecie o co chodzi) to może nas czekać pożegnanie z wampirami. No dobrze, mamy Oryginalnych (ale powiedzmy sobie szczerze, Oryginalni nigdy nie byli typowymi wampirami), mamy reprezentantów krwiopijców w Ganiaczach Cieni, ale to by było na tyle. eM coś czuje, że przyjdzie nam trochę poczekać, zanim twórcy stwierdzą, że czas na powrót wampirów na taką skalę.

I wiecie co? eM jest naprawdę dobrze z tą świadomością. 

Spoilerów nie ma, są okładki i tytuły. I może daty. Kiedy autor (lub jak w tym przypadku - autorka) ma w odróżnieniu od niektórych os...

Spoilerów nie ma, są okładki i tytuły.
I może daty.
Kiedy autor (lub jak w tym przypadku - autorka) ma w odróżnieniu od niektórych osób dużo weny (eM nie będzie wskazywała palcem sama na siebie) w pewnym momencie sytuacja dochodzi do tego, że osoby, które chcą zacząć przygodę z jego/ jej twórczością, nie mają pojęcia od czego zacząć, żeby nie zaspoilerować pozostałych wydarzeń. Albo po prostu nie wiedzą od czego zacząć, żeby nie zacząć czegoś od środku (nieustanna obawa eM, przy długich seriach, nawet goodreads czasami nie pomaga się upewnić, że się dobrze czyta).

Jak pewnie mogliście się już domyśleć, chodzi o Kroniki Nocnych Łowców, pisane przez Cassandrę Clare (z niewielkim wkładem innych autorów, szczególnie, kiedy chodzi o opowiadania). Jeżeli jakimś cudem nie spotkaliście się z którąś z jej historii, to dotyczy to świata w którym obok nas żyją specjalnie wyszkoleni wojownicy w żyłach których płynie krew Aniołów, którzy walczą z demonami i dbają o to, żeby ich istnienie nie wyszło na jaw (i jednych i drugich. I wampirów też. I wilkołaków. I czarowników. No i jeszcze fearie)
O. I żeby mieć jak najwięcej przystojnych, sarkastycznych młodzieńców w swoich szeregach. 

Ale po kolei. Zacznijmy od tego, co mamy do wyboru:

Dary Anioła 


Miasto Kości, Miasto Popiołów, Miasto Szkła, 


Miasto Upadłych Aniołów, Miasto Zagubionych Dusz, Miasto Niebiańskiego Ognia

Diabelskie Maszyny


Mechaniczny Anioł, Mechaniczny Książę, Mechaniczna Księżniczka 

Mroczne Intrygi


Pani Noc, Lord of Shadows, The Queen of Air and Darkness

The Lost Hours
Chain of Gold, Chain of Iron, Chain of Thornes

The Eldest Curses
The Lost Book of White, The Black Book of the Dead, The Red Scrolls of Magic

The Wicked Powers
brak informacji, trylogia

Zbiory opowiadań





Sporo tego, prawda? Jednak nie macie się czego obawiać, kiedy eM jest na posterunku i zaraz Wam wyjaśni co robić (a raczej: w jakiej kolejności czytać).

W przypadku Kronik Nocnych Łowców (z ang. Shadowhunters Chronnicles), recepta na czytanie bez zrobienia sobie spoilerowej krzywdy (a raczej cieszenie się z historii w pełnej krasie) jest bardzo prosta: kierujcie się datami pierwszych wydań w oryginale. Chociaż serie są różne, mamy sequele, prequele i zbiory opowiadań, to czytanie wszystkiego w kolejności w której zostały wydane, powoduje, że nie trzeba się zbytnio martwić. 

Oczywiście, możecie czytać książki według serii, jednak eM chciałaby się skupić na sytuacji w której wszystko się splata w jedną, płynną całość, czyli wspominane już czytanie według daty wydania (pierwszego, w oryginale! Polskie tłumaczenie zostało wydawana trochę w innej kolejności, warto o tym pamiętać). Poniżej lista z sugerowaną kolejnością w następującej formie 

Tytuł książki - Tytuł serii oraz jej część (rok wydania)

Miasto Kości - Dary Anioła #1 (2007) 
Miasto Popiołów - Dary Anioła #2 (2008)
Miasto Szkła - Dary Anioła #3 (2009)
Mechaniczny Anioł - Diabelskie Maszyny #1(2010)
Miasto Upadłych Aniołów- Dary Anioła #4 (2011)
Mechaniczny Książę - Diabelskie Maszyny #2 (2011)
Miasto Zagubionych Dusz - Dary Anioła #5 (2012)
Mechaniczna Księżniczka - Diabelskie Maszyny #5 (2013)
Kroniki Bane'a - zbiór opowiadań (2013/2014)
Miasto Niebiańskiego Ognia - Dary Anioła #6 (2014)
Opowieści z Akademii Nocnych Łowców - zbiór opowiadań (2016) 
Pani Noc - Mroczne Intrygi #1 (2016)
Lord of Shadows - Mroczne Intrygi #2 (Maj 2017)
The Lost Book of the White - The Eldest Curses #1 (koniec 2017/początek 2018)
Chain of Gold - The Last Hours #1 (2018)
The Queen of Air and Darkness - Mroczne Intrygi #3 (2019)
The Black Book of the Dead - The Eldest Curses #2 (2019)
Chain of Iron - The Last Hours #2 (2020)
The Red Scrolls of Magic- The Eldest Curses #3 (koniec 2020)
Chain of Thorns - The Last Hours (2021)
The Wicked Powers : brak daty (trylogia)

Oczywiście, książki Clare można czytać także w porządku chronologicznym według czasu w jakim dzieje się dana historia. Jednak eM nie podejmie się rozpisania tej możliwości - prawdopodobnie poległaby przy trzecim opowiadaniu z Kronik Bane'a. A raczej próbie jego zakwalifikowania czasowego. 

Co wybierzecie? To zależy od Was. Może przez przypadek zaczęliście w środku całej tej historii, może nie mogliście się przekonać do Darów Anioła, może akurat wpadła Wam w ręce Pani Noc?
Hej, to nie oznacza, że nie możecie przeczytać pozostałych. Po prostu musicie zmienić do nich nastawienie. A raczej być czujnym, bo w świecie Nocnych Łowców wszystko się ze sobą łączy. 

Źródła, które zostały wykorzystane przy pisaniu tekstu: TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. I pamięć eM. 

eM w książkach siedzi już od tylu lat, że powinna się w końcu nauczyć, żeby nie marnować czasu na książki, które maja przepiękne ok...


eM w książkach siedzi już od tylu lat, że powinna się w końcu nauczyć, żeby nie marnować czasu na książki, które maja przepiękne okładki. I których autorki jedną książką przekreśliły wszystko co budowały przez dwie poprzednie części a przy okazji zniszczyły kreację najlepszego bohatera wciskając w ową książkę narrację z jego perspektywy. Nie wypominając, że poprzednio owa autorka wybiła się tworząc historię, która w pewnym stopniu nawiązywała do obowiązujących trendów. 
Oczywiście mowa tu o Veronice Roth i Niezgodnej.

I  tak oto płynnie możemy przejść do głównego punktu tej wypowiedzi.
Naznaczeni śmiercią nie wyróżniają się niczym szczególnym. Cała ten pomysł na historię jest przeciętna.

Sam pomysł na skupieniu się na relacji głównych bohaterów pochodzących z narodów, które się nienawidzą, a sami bohaterowie są wobec siebie nierówni (jedno jest sługą drugiego), może i byłby ciekawy. Gdyby nie to, że już wcześniej podjęła się tego Marie Rutkoski i wyszło jej to o dużo lepiej.
Przez co eM co chwilę zastanawiała się, czy zwariowała (nie tym razem), czy może jednak już wszystko się zgadza, bo już coś podobnego czytała.

Najpoważniejszym zarzutem, który eM może postawić Naznaczonym śmiercią, jest to w jaki sposób został zbudowany świat. Okej, wiemy, że rzecz dzieje się w kosmosie, że mamy narody, które się nie lubią i że jest COŚ (nazywane Nurtem) co jest super ważne, super magiczne, ale nie ma żadnych konkretów, żeby przypadkiem nic nie było interesujące. No i oczywiście mamy wątek przeznaczenia, bo dorzucenie Wybrańców w młodzieżówce zawsze się musi sprawdzić.

O wywracanie oczami przyprawiało eM zachowanie bohaterów. Możecie wierzyć lub nie, ale eM naprawdę chciała podejść do tej historii bez uprzedzeń (w końcu to Roth zrobiła z Cztery to co zrobiła). Dostajemy bohaterkę (Cyrę), która miała chyba należeć do klubu silnych i niezależnych dziewczyn w YA, niestety coś nie wyszło i już po chwili podejmuje decyzje, które zaprzeczają temu, że Cyra kiedykolwiek myślała logicznie. Szaloonoki Moody byłby zawiedziony. 

Natomiast o Akosie, nawet trudno jest coś napisać, bo chociaż pojawiło się kilka rozdziałów pisanych z jego perspektywy, to eM nic o nim konkretnego napisać. Znowu pojawia się problem rozróżnienia perspektyw (męskiej i żeńskiej) przez Roth. Gdyby eM nie czytała napisów na początku rozdziałów (no dobra, czasami tego nie robiła), byłaby jeszcze bardziej zagubiona niż była. 

I jeżeli myślicie o tym, o czym eM myśli, że teraz myślicie po opisaniu przez nią dwójki głównych bohaterów to macie rację. Logiki w tym nie widać, ale istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś musi się wybrać do okulisty. 

Trudno określić, czy jest to kwestia tłumaczenia, czy tego, że eM czytała Naznaczonych śmiercią od pewnego momentu dość szybko (bo chciała przejść do lektury czegoś ciekawszego, na przykład A Conjuring of Light), ale to co się działo, wydawało jej się bardzo... Urywane? Raz jesteśmy w jednym miejscu, kolejny rozdział - zupełnie inna sytuacja. Żeby nie było - podejrzenia dotyczące przysypiania zostały oddalone. Trochę szkoda, że Roth tak to wszystko poprowadziła, bo eM nawet nie jest pewna, ile lat mają bohaterowie i ile czasu minęło od poszczególnych wydarzeń. 

Ale najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że Naznaczeni śmiercią są książką nijaką. Owszem posiada wszystkie znane nam wady młodzieżówek, ale to nie było na tyle złe, żeby rzucić książkę w kąt i do nigdy do niej nie wracać. Ba! Dla kogoś, kto jeszcze dużo nie czytał, może się ona okazać całkiem dobrą lekturą. Niestety eM to nie przekonało. 

Naznaczeni śmiercią, są kolejnym przykładem książki, o której jest głośno tylko i wyłącznie ze względu na przepiękną okładkę, na której widnieje nazwisko znanej autorki. Nie popełnijcie błędu eM. Chyba, że nie przeszkadza Wam poświęcanie czasu na kolejną historię o której szybko zapomnicie. 

A jeżeli macie ochotę na historię w tym stylu, eM serdecznie poleca Pojedynek (i pozostałe części) Marie Rutkoski. A jak je kupicie, to może w końcu ktoś wyda ostatnią część po polsku (eM chociaż czytała w oryginale, to nadal trzyma miejsce na półce na The Winner's Kiss).